Cohousing

Kto z nas nie marzy o domu wybudowanym specjalnie dla niego, w miłej okolicy i z przyjaznym sąsiedztwem? Czy musimy pozostać w sferze marzeń, uzależnieni od deweloperów, banków i prywatnych wynajmujących? Ania Wieczorek i Ula Siemion promują ideę alternatywnych modeli mieszkalnictwa w Polsce.

spoldzielnie

Ilustracje: Adam Banaszek

Dwa lata temu w związku z festiwalem Warszawa w Budowie organizowanym przez MSN prowadziłyście warsztaty dotyczące cohousingu. Grupa próbowała stworzyć na konkretnej działce projekt spółdzielni mieszkaniowej skrojonej na miarę swoich potrzeb. Co wynikło z tych warsztatów?

Ula Siemion: Ówczesna edycja Warszawy w Budowie była poświęcona m.in. mieszkalnictwu. Badaliśmy problemy związane z tematem, szukaliśmy rozwiązań za granicą. Zaciekawiły nas oddolne inicjatywy społeczne, które na Zachodzie stanowią alternatywę dla rozwiązań komercyjnych. W Polsce dominują dwa rozwiązania: deweloperzy i kredyt na kilkadziesiąt lat lub wynajem w cenie, która nie podlega żadnej kontroli. Istniejące za granicą pule mieszkań miejskich, wynajmowane młodym ludziom, których nie stać na zakup lub komercyjny czynsz, to rozwiązanie u nas nieobecne. Miasta nie mają środków na budowę mieszkań na wynajem, władze fetyszyzują własność prywatną. Szukając czegoś realnego dla naszej rzeczywistości, trafiłyśmy na kooperatywy z Nowego Jorku czy duńskie cohousingi, w których ludzie sami tworzą grupę i wspólnie budują domy. Proces budowy tanieje, a efekt jest proekologiczny i prospołeczny. Budując dla siebie, inaczej podchodzisz do inwestycji. Myślisz o przestrzeni wokół, sąsiadach, których znasz od początku. Obserwując takie rozwiązania w Danii, UK, USA, Hiszpanii, zapragnęłyśmy przeszczepić je na polski grunt. Zwracając się do architektów, urbanistów, socjologów, badałyśmy reakcje na taki koncept. Były identyczne: utopia nie do zrealizowania w Polsce, gdzie potrzeba poczucia własności jest silna, a poziom zaufania społecznego niski. Zdecydowałyśmy się na warsztaty, by sprawdzić, jaka jest prawda. Potrzebowałyśmy argumentów, by przekonać ekspertów. Zainteresowanie tematem przerosło nasze oczekiwania. Okazało się, że są w kraju ludzie, którzy chcą mieszkać we wspólnocie.

Ania Wieczorek: Cohousing pojawił się w odpowiedzi na potrzebę współdzielenia odpowiedzialności i przyjemności. Każdy dom lub osiedle budowane w zgodzie z tą ideą posiada specyficzne rozwiązania architektoniczne: przestrzenie wspólne i półprywatne. W rozmowach przed warsztatami dyskutowaliśmy o tym, jak mogłaby wyglądać przestrzeń zaprojektowana dla takiej grupy. Wniosek był taki, że trudno jest proponować jedno rozwiązanie, ale nie mieliśmy grupy docelowej, dla której moglibyśmy projektować. Stąd też oddanie projektowania i decyzyjności w ręce warsztatowiczów. Dzięki temu dowiedziałyśmy się, czego oczekują potencjalni polscy cohousingowcy.

Ludzie ponownie odkrywają, że ich dobrostan, jako jednostek i społeczeństwa zależy m. in. od dobrostanu innych ludzi, przyrody i całego ekosystemu.

Okazało się, że można znaleźć ludzi gotowych do podjęcia wyzwania, tym samym zyskałyście argument do rozmów z ekspertami. Co było dalej?

U.S.: Miałyśmy argument, ale nie miałyśmy struktury. Wielu uczestników warsztatów chciało dalszej współpracy, ale każdy miał inne oczekiwania. Część potrzebowała wiedzy teoretycznej, inni chcieli jak najtaniej stworzyć osiedle cohousingowe z kontenerów, ktoś planował stworzyć kooperatywę w dużym mieszkaniu. Kilka osób próbowało zbudować osiedle, ale polegli na rozwiązaniach prawnych, które faworyzują deweloperów. Małym grupom, za którymi nie stoją prawnicy lub architekci, trudno sprostać wymogom budowlanym, ciężko pozyskać atrakcyjny grunt. W ciągu dwóch lat wiele się jednak zmieniło, pojawiło się kilka kooperatyw przecierających szlaki. W Białymstoku, Wrocławiu zbierają się chętni do założenia spółdzielni. Warszawska grupa zaczyna działania. Postanowiłyśmy wrócić do tematu, przypomnieć, że jest taki model budowania jak cohousing, że można się samoorganizować, a stworzonym dla takich działań, zapomnianym rozwiązaniem prawnym są spółdzielnie.

A.W.: Miasto deklaruje chęć wzmacniania wspólnot lokalnych. Poszukuje nowych strategii mieszkaniowych, dostępnych dla młodych, którzy np. chcą zostać w stolicy po studiach, nie mając zaplecza finansowego, zdolności kredytowej. Czujemy podatny grunt. Zmieniamy swoje dawne podejście na myślenie o tym, co jest możliwe obecnie, jaka jest gotowość partnerów publicznych, samorządów.

Teraz skupiacie się na edukacji i łączeniu osób, które do tej pory działały same.

U.S.: Chcemy stworzyć organizację wspierającą takie inicjatywy. Oferującą wiedzę prawną, architektoniczną, pomoc dla wspólnot. Planujemy kształcić architektów w zakresie cohousingu, aby potrafili współpracować ze wspólnotą, pomagać jej komunikować potrzeby. To bardzo istotny element cohousingu, potrzebny również przy włączaniu mieszkańców w projektowanie przestrzeni publicznej. Urzędnicy zaczynają dostrzegać chęć obywateli do współdecydowania o wyglądzie miast, ale nie ma jeszcze wypracowanych mechanizmów współpracy między architektami a mieszkańcami. Jak mówił na warsztatach architekt Darek Hyc, ciepłe wnętrze to dla każdego coś innego – stonowane kolory, naturalne materiały albo specyficzny układ przestrzeni. Wspólna płaszczyzna porozumienia jest konieczna, by projekt się udał. Naszym celem jest popularyzowanie idei, edukacja, lobbowanie za prawnymi rozwiązaniami umożliwiającymi tworzenie kooperatyw. Chcemy pokazać, że cohousing jest korzystny dla miasta, społeczności lokalnej. Zapewnia ludziom dobre warunki do życia. Nie łudzimy się, że samorządy wybudują mieszkania na wynajem, a deweloperzy zaproponują niższe stawki lub rozwiązania tworzące zdrową tkankę miejską. Potrzebujemy jednak alternatywy. Widzimy ją w ruchach oddolnych, samoorganizacji.

Ktoś ze strony miasta interesował się tego typu rozwiązaniami?

A.W.: Liczymy na to, że zapisy dotyczące polityki mieszkaniowej Warszawy są zobowiązujące. Aby proponowane przez nas scenariusze były możliwe dla osób, które nie mają dostępu do rynkowych rozwiązań, władze samorządowe muszą włączyć się w działania. Organizacje na rzecz cohousingu w USA czy Danii wyrastają naturalnie – grupy ludzi, które chcąc coś zbudować, napotkały problemy, a próbując się ich pozbyć, założyły fundację czy stowarzyszenie.

U.S.: Przecieramy szlaki, próbujemy tworzyć ramy prawne i mentalne, aby wspólnoty mogły zaistnieć. W Danii takie społeczności są wspierane przez rząd, faworyzowane w przetargach. Tamtejsi urzędnicy wiedzą, że takie inicjatywy sprzyjają powstawaniu dobrej społecznie, architektonicznie i kulturotwórczo przestrzeni. Chcę, by ten potencjał dostrzeżono i tu. Przekonanie, że to co prywatne jest najlepsze, to nie jest kierunek, w którym powinno rozwijać się miasto. Ono ma być tkanką, nie grupą zamkniętych osiedli złączonych jedynie położeniem na mapie.

Przeszczepienie idei cohousingu na polski grunt nie jest proste… 

A.W.: Wykonujemy pierwszy krok, odczarowując myślenie, że sposobem na własne mieszkanie jest tylko kredyt lub spadek. Chcemy stworzyć możliwość wyboru kilku dróg. Jedną z nich jest
cohousing, inną może być tani wynajem, spółdzielnie lub przejmowanie pustostanów, których w Warszawie jest wiele.

U.S.: W Hiszpanii, w dobie kryzysu, gdy ludzie masowo tracą mieszkania, na które wzięli kredyty, pojawia się coraz więcej inicjatyw umożliwiających przejęcie pustostanów przez wspólnoty na warunkach określonych z właścicielami nieruchomości. Hiszpanie odkryli furtkę prawną, dzięki której właściciel może wynająć zadłużony budynek po niższych stawkach, ratując go przed przejęciem przez bank. W Polsce nie ma takiej regulacji, choć wiele mieszkań stoi pustych. Zdarza się, że squatersi zajmują pustostan, a miasto po wielu naciskach oddaje go im do dyspozycji, doceniając wkład w budowanie społeczności lokalnej. Nie jest to jednak prawnie uregulowane. Chcielibyśmy, by urzędnicy zauważyli korzyści z wpuszczania takich grup w tkankę miejską. Szukamy różnych dróg – kooperatywy to jedna z form, nie jedyny sposób. Zależy nam jednak, by inicjatywy, które promujemy, były otwarte na lokalną społeczność. To jest ich wartość dodana, w porównaniu z inwestycjami deweloperskimi.

Brakuje mi w tym systemie kogoś, czyj interes nie jest wyłącznie finansowy.

A.W.: Dlatego bardzo ważne jest, by te miejsca były współprojektowane, a mieszkańcy mieli wpływ na ich wygląd i funkcje. Kładziemy też nacisk na podział odpowiedzialności. Mieszkańcy wspólnot inwestują w nie czas i pieniądze, ich interesy muszą być długofalowo chronione. Miasto też inwestuje, przekazując nieruchomość, którą mogłoby sprzedać. Dlatego przedsięwzięcie wymaga współpracy samorządów i wspólnot. Wpisuje się to w ideę smart city – miasta realizującego zadania publiczne, m.in. przez angażowanie i efektywne wykorzystanie potencjału mieszkańców.

A wy same chciałybyście mieszkać w takiej wspólnocie?

U.S.: Moją idée fixe są mieszkania dostępne na wynajem. Wynajęcie mieszkania, które nie będzie rujnowało mnie finansowo i dawało poczucie bezpieczeństwa pod względem prawnym, na tym etapie życia jest dla mnie lepszym rozwiązaniem. Brakuje mi w obecnym systemie podmiotu, którego interes nie jest wyłącznie finansowy. Państwo powinno sprawować opiekuńczą rolę, prowadzić świadomą politykę mieszkaniową. Chętnie zamieszkałabym w kooperatywie, niekoniecznie chciałabym ją budować. Gdyby taka inicjatywa zaistniała w pustostanie, chętnie bym się w nią włączyła. Wtedy na pewno chciałabym adaptować przynajmniej niektóre rozwiązania cohousingu – one sprawiają, że twój sąsiad staje się twoim przyjacielem, twoja klatka schodowa miejscem spotkań, mieszkanie rozrasta się o przestrzenie wspólne. Nie musisz mieć wszystkiego na własność, możesz współdzielić sprzęty, miejsce do pracy. Masz na kogo liczyć, gdy chorujesz, lub dzielić się opieką nad dziećmi.

A.W.: Ja chciałabym, ale na starość. Dom spokojnej starości zorganizowany w gronie znajomych rówieśników w formie cohousingowej
to mój ideał.

Wiele starszych osób na świecie zaczyna korzystać z takich
kooperatywnych rozwiązań.

A.W.: Starsi ludzie często są siłą kooperatyw. Fajnie na starość nie być jednostką w molochu. Mieszkania takiego, jakie mamy dziś, nie potrzebujemy całe życie. Jako studenci mamy inne wymagania wobec przestrzeni, kiedy zakładamy rodzinę, one się zmieniają, podobnie na starość. Jeśli  kilkadziesiąt lat spłacasz kredyt, musisz tę potrzebę zmian zignorować. Nieważne, czy stać cię później na taką przestrzeń, jesteś na nią skazany. Wprowadzenie nowych rozwiązań mieszkaniowych daje elastyczność, możliwość zmiany.

U.S.: Stąd dla mnie tak ważna jest idea mieszkań na wynajem, by w różnych stadiach życia dostosować przestrzeń do potrzeb. Może się zdarzyć, że ze znajomymi mającymi podobne potrzeby założę kooperatywę, ale tworzenie spółdzielni złożonej z takich samych osób mija się z jej celem. Ona powinna spełniać funkcje mikrospołeczeństwa. Zastanawiając się nad cohousingiem, na think tanku podzieliliśmy się na dwie grupy. W obu ci, którzy mieli dzieci, byli zapaleni do idei, a ci bezdzietni się asekurowali. Podobnie podczas warsztatów. Dlatego potrzeba nam różnych rozwiązań. Brak możliwości wyboru jest najgorszy.

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Najnowsze