Duopol

Tak jak Microsoft i Intel rządziły kiedyś na rynku komputerów,
tak teraz pierwsze skrzypce w internecie grają Facebook i Google. Dekadę temu za system operacyjny czy procesor musieliśmy zapłacić sporą sumę, a dzisiaj za usługi oferowane w sieci zwykle nie płacimy ani złotówki. W zamian dobrowolnie i w pełni świadomie oddajemy dwóm megakorporacjom to, co jest znacznie cenniejsze: nasze dane osobowe i prywatność. 

Użytkownicy nie płacą ani grosza za korzystanie z usług oferowanych m.in. przez Facebooka czy Google’a, a mimo to obie firmy są zamożnymi korporacjami, które na przejęcia start-upów co roku wydają miliardy dolarów. Za dostęp do mejli czy szybki kontakt ze znajomymi płacimy, podając dane osobowe, informacje o naszych zainteresowaniach, przyzwyczajeniach, planach i miejscach pobytu. Dla reklamodawców nie ma niczego cenniejszego. Po przeanalizowaniu danych mogą nam serwować – w odpowiednich miejscu i czasie – spersonalizowane reklamy. Rządzi ten, kto ma więcej zróżnicowanych userów. Przejęcie WhatsAppa dało Markowi Zuckerbergowi dostęp do 500 mln aktywnych użytkowników mieszkających głównie w krajach rozwijających się, czyli tam, gdzie Facebook nie jest tak popularny. Wcześniejszy zakup Oculus Rifta jest zaś obliczony na zyski bardziej oddalone w czasie. Okulary wyświetlające wirtualną rzeczywistość mają pomóc w budowie nowej platformy, dzięki której – dosłownie – nigdy nie stracimy z oczu cyfrowego świata. Google ma zaś systemy Nest i DeepMind – start-upy z obszarów rozwiązań inteligentnego domu i sztucznej inteligencji. Larry Page od dawna zbiera informacje o użytkownikach „starego” i mobilnego internetu, więc dlaczego miałby się powstrzymywać przed gromadzeniem informacji o urządzeniach użytkowanych w prywatnych domach? A kto lepiej przeanalizuje i skategoryzuje dane niż sztuczna inteligencja? Obie firmy budują spójne ekosystemy zapewniające użytkownikom dostęp do maksymalnie dużej liczby usług. Na tyle dobrych, aby klienci nie chcieli korzystać z ofert konkurencji.

Przeszkody

Na drodze do duopolu Facebooka i Google’a stoi jednak kilka przeszkód. Jedna z nich to… dostęp do internetu. Na świecie żyje pięć miliardów ludzi pozbawionych dostępu do sieci. W oczach internetowych gigantów to pięć miliardów źródeł danych osobowych i potencjalnych odbiorców reklam. Nie zaskakuje więc to, że Facebook i Google pracują już nad rozwiązaniami mającymi upowszechnić na świecie dostęp do internetu. Mają im w tym pomóc firmy produkujące drony – Ascenta i Titan Aerospace. Bezzałogowe samoloty miałyby latać np. nad Afryką i przesyłać statusy czy mejle na komórki Berberów czy Malgaszy.

duopol_WYB

Kolejnych przeszkód nie da się tak łatwo ominąć. Jedna stanęła na drodze Google’owi, który wciąż decyduje, które i czyje artykuły są wyświetlane w wynikach wyszukiwania. Takie monopolistyczne praktyki budzą obawy Komisji Europejskiej, która równolegle prowadzi kilka dochodzeń. Pierwsze z nich – dotyczące prawa do bycia zapomnianym – zakończyło się sukcesem. W toku pozostaje sprawa manipulacji wynikami wyszukiwań.

Inną i jeszcze poważniejszą kwestią jest prawo dozwolonego użytku. Właśnie jego dotyczył spór Ruperta Murdocha, właściciela News Corporation („The Sun”, „New York Post”, „The Times”), i wytwórni filmowej 20th Century Fox z Google’em. Według biznesmena krótkie zajawki artykułów pojawiające się w wynikach wyszukiwania stanowiły „kradzież treści”. Kilka lat temu Murdoch oznajmił, że ruch generowany przez Google’a jest incydentalny i mało ważny. Zdecydował o zamknięciu treści za paywallem – dzienna opłata za dostęp do publikacji kosztowała jednego funta – i uniemożliwieniu Google’owi ich indeksowania. Myślał, że właściciele wyszukiwarki będą go błagali o udostępnienie treści. Murdoch popełnił błąd: ruch na jego stronach spadł o 90 proc. W swoim postanowieniu wytrwał nieco ponad dwa lata. Gdy uwierzył w potęgę Google’a, zaczął robić wszystko, by przywrócić obecność tytułów w wynikach wyszukiwania. Podobne doświadczenia dzieli z nim Mathias Döpfner, prezes niemieckiego koncernu wydawniczego Axel Springer SE. „Google nas nie potrzebuje. Ale my potrzebujemy Google’a. Boimy się Google’a” – napisał w połowie kwietnia tego roku Döpfner w otwartym liście do Erika Schmidta, prezesa Google’a.

Chińskie tygrysy

Poważną przeszkodą na drodze ku dominacji Facebooka i Google’a w internecie są też Chińczycy, którzy od 1998 r. budują cyfrowy odpowiednik Wielkiego Muru. Strzeże go armia złożona z 50 tys. hakerów – oni także chcą rządzić światem. W 2010 r. władze Państwa Środka postawiły Google’owi ultimatum: albo zacznie cenzurować wyszukiwarkę, albo może się wyprowadzić za Pacyfik. Google podjął decyzję o migracji, ale do Hongkongu, który rządzi się swoimi prawami. Podobnie stało się z Facebookiem, który w Chinach jest zablokowany od sześciu lat. Nie znaczy to jednak, że tamtejszym internautom czegokolwiek brakuje – w Chinach rozwijają się „podróbki” tych serwisów. Zamiast Facebooka i Twittera działa Weibo – serwis mikroblogowy obudowany wieloma funkcjami – od zakupów po rozrywkę. Zaraz obok plasuje się Qzone z 600 milionami użytkowników. Należy on do Tencenta, który w swoim portfolio posiada też WeChata (odpowiednik WhatsAppa) i Tenpaya (kopia PayPala) służącego do płacenia za internetowe zakupy. Filmów w Chinach nie ogląda się na YouTubie, tylko na Youku. Zakupów nie robi się na Amazonie, ale na Alibabie, który przygotowuje się do wejścia na amerykańską giełdę. Ma to być największy debiut w historii – swoim ogromem przyćmi nawet publiczną ofertę Facebooka. Wkrótce podobny krok postawią kolejne chińskie firmy, w tym Tencent, otwierając się na odbiorców z Zachodu.

Uzależniamy się od zaledwie kilku – a zwłaszcza dwóch
– megakorporacji. Zaspokajając apetyt na konsumowanie informacji, sami hodujemy gargantuiczne twory, które stają się zbyt wielkie, by upaść.

Znaczenie Chińczyków widać też w statystykach dotyczących dominacji językowej w internecie. Według badań SmartLing z 2012 r. dominującym językiem w sieci był angielski – napisano w nim 27 proc. treści dostępnych w internecie. Na drugim miejscu – z wynikiem 24 proc. – uplasował się język chiński. Zamiana miejsc na podium ma nastąpić już w przyszłym roku. Biorąc pod uwagę możliwości istniejącego i opracowywanego oprogramowania, można jednak prognozować, że bariera językowa w komunikacji niedługo przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Google przejął aplikację tłumaczącą fotografowane teksty i pracuje nad wprowadzeniem do Google Translate funkcji rozmowy. Z kolei Microsoft już dwa lata temu zaprezentował program służący do automatycznego tłumaczenia pomiędzy chińskim a angielskim – tym razem nie chodzi jednak o słowo pisane, tylko mówione.

Dziennikarz z komputera

Dziennikarze piszący artykuły nie pracują za darmo, a ich dzieła są chronione prawem autorskim. A to może hamować ekspansję Google’a. W przypadku pracy robotów sprawa nie jest tak jednoznaczna. Automatycznych newsmanów „zatrudnia” już amerykańska agencja prasowa Associated Press – organizacja wykorzystuje algorytmy do pisania wiadomości dotyczących sprawozdań giełdowych czy wyników zawodów sportowych. Na razie są to zwięzłe notatki i tabelki, ale nietrudno sobie wyobrazić, że wraz z rozwojem sztucznej inteligencji roboty będą mogły zastępować dziennikarzy przy bardziej skomplikowanych pracach. Być może komputer nigdy nie napisze wciągającego reportażu czy zabawnego felietonu, ale bez nich też będzie mógł stanowić kartę przetargową w sporze Google’a z konglomeratami mediowymi. Kiedy w 2009 r. Rupert Murdoch próbował zbudować wspólny front wydawców prasy przeciwko wyszukiwarce, skutkiem miała być inwestycja Google’a w stworzenie własnej agencji prasowej. Przy dostępnych obecnie technologiach mogłaby ona powstać na kilku komputerach i kosztować tyle co energia elektryczna.

Kiedy w sierpniu 2013 r. Google zaliczył wpadkę i przez pięć minut jego usługi nie były dostępne, ruch w internecie zmalał aż o 40 proc. Rok później, kiedy Facebook przez kilka chwil nie działał w Stanach Zjednoczonych, ludzie dzwonili na policję z żądaniami naprawienia awarii. Choć życie w internecie jest wciągające i dzięki dostępowi do lawiny informacji sieć ułatwia i przyśpiesza rozwój osobisty, to warto sobie zdać sprawę z tego, jak bardzo uzależniamy się od zaledwie kilku – a zwłaszcza dwóch – megakorporacji. Zaspokajając apetyt na konsumowanie informacji, sami hodujemy gargantuiczne twory, które – na podobieństwo banków – stają się zbyt wielkie, by upaść.

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Najnowsze