(Eko)nomiczne 
przedmieścia

Podczas gdy w Stanach Zjednoczonych, miejscu narodzin wielkich osiedli podmiejskich, coraz więcej ludzi wraca do centrum, w Polsce mamy do czynienia z tendencją odwrotną. Czy suburbanizacja po polsku jest spóźnioną o kilka dekad powtórką z amerykańskiej ucieczki z miasta, czy to zupełnie inna historia?

Kultura popularna karmi nas obrazami szczęśliwych amerykańskich podmiejskich rodzin, w których mężczyźni są przystojni i pod krawatem, kobiety w rozkloszowanych sukniach pieką ciasta, a dzieci nigdy się nie brudzą. Równocześnie na zapleczu tej sielanki rozgrywają się dramaty zdesperowanych pań domu, ich smutnych pociech i równie nieszczęśliwych, topiących smutki w alkoholu i kolejnych romansach mężów. Tak popularne seriale pokazują to, co socjolog miasta Robert Fishman opisał pod koniec lat 80. – narodziny i upadek mitu ucieczki na przedmieścia.

Suburbanizacja po amerykańsku

Błyskawiczne tempo rozwoju infrastruktury drogowej i kolejowej w latach 50. umożliwiło Amerykanom masową przeprowadzkę pod miasto. Równocześnie był to okres boomu gospodarczego i niespotykanego rozwoju przemysłu motoryzacyjnego. Do domu usytuowanego z daleka od centrum można więc było komfortowo, szybko i tanio (niska cena benzyny) dojechać. Pojawiły się również preferencyjne kredyty hipoteczne i wykreowano styl życia rodzinnego, w którym dobro dziecka oznaczało wychowywanie w ciszy, spokoju i zieleni podmiejskich enklaw.

Posiadanie własnego domu oznaczało również wzrost pozycji społecznej, a dbanie o niego stawało się misją każdej szanującej się pani domu, która dzięki nowym odkryciom technologicznym stawała się królową kuchni. To wówczas na masową skalę wprowadzono do użycia kultowy model K robota kuchennego KitchenAid i pierwsze zmywarki. Paradoksalnie, pojawienie się kolejnych ułatwiających pracę sprzętów dodatkowo ograniczało rolę kobiety do piastunki ogniska domowego. Ważny był również motyw rasowy. Migracja afroamerykańskiej ludności z południa Stanów do wielkich miast wpłynęła na odpływ z centrów białych mieszkańców. Przedmieścia miały zdecydowanie biały kolor.

Po swojemu

W przypadku klasycznej amerykańskiej wersji suburbanizacji mieliśmy zatem do czynienia z przyczynami infrastrukturalnymi, ekonomicznymi i społecznymi: na przedmieścia można było wygodnie i szybko dojechać, zakup domu był atrakcyjny finansowo i oznaczał podwyższenie standardu i jakości życia, a do tego umożliwiał realizowanie promowanego wzoru życia rodzinnego.

Polscy mieszkańcy przedmieść kalkulują
i dokonują selektywnego wyboru: wybierają wieś,
bo kojarzy im się ona 
z naturą, i miasto, bo oznacza ono dostępność usług. Żyją jednocześnie w obu światach.

Czy Polacy z tych samych powodów wyprowadzają się pod miasto? W wydanej niedawno książce „Suburbanizacja po polsku” socjolożka Katarzyna Kajdanek udowadnia, że oba modele są zupełnie inne. Rozrost osiedli podmiejskich w Polsce jest konsekwencją innych procesów społecznych i ekonomicznych. Przede wszystkim suburbanizacja w naszym kraju rozpoczęła się wraz ze zmianami ustrojowymi, a właściwe jej intensywny rozwój to ostatnie dwie dekady. Przed transformacją marzeniem była ucieczka do miasta, a nie w przeciwnym kierunku. Niska jakość podmiejskiej infrastruktury nie zachęcała też do przeprowadzki, a posiadany meldunek w mieście wiązał się z korzyściami nie do pogardzenia. Wraz z upadkiem poprzedniego systemu wzmógł się również głód mieszkaniowy. Choć na przestrzeni powojennych lat stale zwiększano liczbę oddawanych mieszkań, to nadal jednym z podstawowych potrzeb i marzeń statystycznego Polaka było posiadanie własnych czterech kątów. Jakość i wartość mieszkań w zaniedbanych przez lata budynkach (zwłaszcza tych z wielkiej płyty) i rosnąca cena gruntów w polskich miastach spowodowały, że coraz większa grupa mieszkańców zaczęła obliczać przede wszystkim ekonomiczne korzyści z wyprowadzki pod miasto i budowy domu.

Wbrew stereotypom bowiem suburbanizacja po polsku nie oznacza wcale przeprowadzki do przygotowanego pod klucz deweloperskiego osiedla domków jednorodzinnych o wdzięcznej i obiecującej nazwie Arkadia, Słoneczny Zakątek albo Bezpieczna Przystań. Zamieszkiwanie w jednolitych osiedlach podmiejskich jest charakterystyczne tylko dla wielkich ośrodków miejskich, przede wszystkim Warszawy. Natomiast, jak Polska długa i szeroka, przy miastach średnich i takich zupełnie małych powstają osiedla mieszkaniowe złożone z wielu niezależnie budowanych domów jednorodzinnych. Na zrębach starych terenów wiejskich rosną nowe twory niebędące ani miastem, ani wsią. Są to tereny niejednokrotnie pozbawione odpowiedniej infrastruktury, przestrzeni publicznej i zamieszkiwane przez dwie obce sobie i nieintegrujące się grupy: starych i nowych mieszkańców.

Urban sprawl w Polsce

Oczywiście na decyzję o wyprowadzce wpływ mają również takie czynniki jak prestiż zamieszkania w wysoko ocenianej okolicy czy też moda na życie w zgodzie z naturą, ale przeważa czynnik ekonomiczny. Polscy mieszkańcy przedmieść kalkulują i zgodnie z koncepcją Mike’a Savage’a dokonują selektywnego wyboru: wybierają wieś, bo kojarzy im się ona z naturą, i miasto, bo oznacza ono dostępność pewnych usług. Żyją równocześnie w obu światach. Dzieci nie są więc zazwyczaj posyłane do lokalnej szkoły, tylko wożone do większego miasta, w którym pracują dorośli. Nowi mieszkańcy nie biorą aktywnego udziału w życiu lokalnej wiejskiej społeczności, a nawet niejednokrotnie pozostają z nią w otwartym konflikcie. Nie tworzą też własnej, zintegrowanej wspólnoty – jaka pojawia się w zamkniętych, deweloperskich osiedlach, ale są to z kolei miejsca, które bardzo trudno badać, ponieważ mieszkańcy niechętnie dzielą się swoją prywatnością.

Bez wizji

Polska ucieczka z miasta nie ma w sobie zatem wiele z porywającej utopii życia rodzinnego, która stała się udziałem pokoleń Amerykanów. Mieszkańcy nowych przedmieść nie tworzą jednolitej grupy ludzi połączonych stylem życia, wyznawanymi wartościami i przestrzeganymi normami. Przypominają raczej elektrony, które krążą daleko od siebie i tylko czasami przypadkiem uderzą w podobny do siebie obiekt. Z przeprowadzonych do tej pory badań wynika, że tak samo jak w przypadku amerykańskich przedmieść w idealnym obrazie ucieczki z miasta dość szybko pojawiają się pierwsze pęknięcia. W polskich warunkach wynikają one przede wszystkim z problemów, które nękają także miasta i wsie w całym kraju: chaosu przestrzennego i niedostatku wspólnoty obywatelskiej. Pytanie, gdzie uda się najszybciej wprowadzić odpowiednie rozwiązania, które przełamią ten impas. Na razie mimo trudności na czoło stawki wysuwają się centra miast.

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Martyna Obarska:

Antropolożka. O mieście pisze i uczy. Łączy działalność  akademicką, dziennikarską i animacyjną.

Najnowsze