Eksponaty się uczą

Podpatrujemy, jak powstają eksponaty Centrum Nauki Kopernik.

Niektóre części eksponatów mają niestandardowe rozmiary dlatego trzeba wyprodukować je we własnym zakresie.

Często zdarza się, że początkowy prototyp ani trochę nie przypomina wersji, która stanie na wystawie stałej CNK.

W podziemiach Centrum Nauki Kopernik można znaleźć m.in. obrabiarki i urządzenia do obróbki skrawaniem.

Załoga CNK przy pracy.

Ultimate Responsive Image Slider Plugin Powered By Weblizar

Spotykamy się z fotografem kilka minut przed otwarciem Centrum Nauki Kopernik. W kolejce przed głównym wejściem stoją już wycieczki szkolne, a całe Wybrzeże Kościuszkowskie, przy którym znajduje się budynek, zastawione jest autokarami. Dzwonię do Katarzyny Nowickiej, rzeczniczki prasowej Centrum, która wpuści nas do podziemia, gdzie powstają eksponaty.
– Musicie obejść główne wejście, od strony mostu Świętokrzyskiego są takie małe drzwi, którymi wejdziemy. Już po was wychodzę! Po chwili zamykają się za nami drzwi windy, a my zjeżdżamy na dół.

Stwórz skokomierz

– Opracowanie eksponatu to nie jest taka prosta sprawa. Najpierw trzeba znaleźć inspirację i wymyślić, które zjawisko jest ciekawe do zobrazowania – mówi Paweł Wójcik, projektant eksponatów. – Bywa tak, że idę sobie ulicą i wpadam na pomysł. Dosłownie! Na przykład ostatnio spacerowałem i zacząłem myśleć o ruchu, jego fazach, poszczególnych sekwencjach. Zastanawiamy się teraz nad eksponatem wformie stroboskopu mechanicznego, który pokaże zwiedzającym, w jaki sposób się poruszają. Gołym okiem nie da się tego zauważyć, bo ruch jest płynny.
Eksponaty to zwykle efekt pracy grupowej. Na początku któryś z pracowników przychodzi z pomysłem i opisuje ogólną koncepcję. Zespół zastanawia się nad wyglądem eksponatu i jego funkcjonalnością. Potem pomysł trafia do inżynierów, którzy opracowują jego dokumentację mechaniczną.
– Wymyślamy np. formę napędu, układ sprzęgła czy sposób zasilania – mówi Maciej Mieczkowski, konstruktor. – Używamy też drukarki 3D, bo dzięki niej proces projektowy jest znacznie krótszy. Możemy stworzyć wiele elementów prototypowych, które kosztowałyby fortunę, gdybyśmy chcieli je wyprodukować w tradycyjny sposób.
Pytamy pana Macieja, jak znalazł takie miejsce pracy.
– Ogłosili kiedyś konkurs na inżyniera, a ja akurat szukałem zajęcia. Zaprosili mnie na rozmowę i dali 10 dni na rozwiązanie zadania testowego. Miałem zaprojektować skokomierz, czyli eksponat, który mierzy, jak wysoko skacze dana osoba. Udało się. Pan Maciej dostał pracę, a skokomierz stoi w Centrum do dziś.

Tani miraż

Niektóre eksponaty wymagają elementu, którego pozyskanie może być niezwykle ciężkie i czasochłonne. Pan Paweł wspomina: – Chcieliśmy kiedyś zrobić miraż, ale taki duży. Potrzebne nam było do tego lustro sferyczne o średnicy około metra. Dowiedzieliśmy się, że tego typu luster używa się w teleskopach. Zwróciliśmy się więc do jednej z firm, która je produkuje, i niedługo później dostaliśmy wycenę. Lustro miało kosztować 400 tys. euro!
Trzeba było znaleźć tańszego wykonawcę. Pan Paweł kontaktował się więc np. z firmami, które produkują lustra drogowe.
– Produkują wypukłe, a nam potrzebne było wklęsłe, ale wbrew pozorom to nieduża różnica. Niestety, odpowiedzieli, że przestawienie całej linii produkcyjnej po to, żeby stworzyć jedną sztukę, będzie dla nich całkowicie nieopłacalne. W końcu po prawie pół roku poszukiwań udało się znaleźć firmę w USA, która zgodziła się wyprodukować egzemplarz lustra za stosunkowo niewielkie pieniądze.

Jeszcze się uczę

Pracownicy początkowo sprawdzają, jak działa eksponat, na własnej skórze. Identyfikują możliwe niedociągnięcia i ulepszają je.
– Zastanawiamy się, co się szybko popsuje, w jaki sposób można poprawić interakcję z eksponatem. Potem dochodzimy do optimum, które i tak zostanie zweryfikowane przez dzieci i młodzież kilka pięter wyżej – mówi pan Maciej.
– To wszystko musi być intuicyjne – dodaje pan Paweł. Tu, na dole, nie da się odgadnąć, co zwiedzający na górze zrobi z eksponatem. Trzeba to sprawdzić w praktyce.
Dlatego zespół konstruktorów tworzy na początku prototyp oznaczony tabliczką „uczę się być eksponatem”, który umieszcza się w specjalnej strefie dla prototypów.
– Gdzieś niedaleko eksponatu siada jego matka lub ojciec i notuje: ten pan najpierw złapał za dźwignię, a to dziecko za długo zastanawiało się, co należy z eksponatem zrobić. Po pewnym czasie eksponat wraca do nas w podziemia, a my dzięki testom wiemy, co należy poprawić.
– Sprawdzamy też, czy opis eksponatu jest zrozumiały dla każdego gościa. Każdy przycisk powinien mieć panel opisowy. Dlatego na etapie prototypu używamy lasera tnąco-grawerującego, który tworzy tymczasowe objaśnienia. Dopiero kiedy okaże się, że użytkownicy rozumieją opisy, zlecamy grawerowanie na metalu, które jest znacznie droższe.

Nie działa

Podziemia Centrum to miejsce, w którym tworzy się nowe eksponaty, ale też dokonuje się wszelkich napraw.
– Obecnie mamy około 3–4 proc. niedziałających eksponatów. Startowaliśmy z poziomu 20–30 proc. – mówi pan Paweł.
– Na początku nie sądziliśmy, że nasza polska młodzież będzie aż tak dociekliwa. Szacowaliśmy, że eksponaty będą wymagać remontu średnio raz na pół roku, a okazywało się, że dana część jest do wymiany co miesiąc.
– Źle przewidzieliśmy też naszą popularność. Planowaliśmy, że będzie nas odwiedzać około 300 tys. osób rocznie, a rok w rok mamy milion wizyt – dodaje pan Maciej.
Większość napraw udaje się wykonać bez transportowania eksponatu do podziemi.
– Staramy się standaryzować części i mamy magazyn tych komponentów, które się najczęściej psują – mówi pan Paweł. – Otwieramy o 10 rano. O 6 zaczynamy poranne obejście, podczas którego naprawiamy eksponaty. Wieczorem po zamknięciu to samo.
– To jest realne, żeby w jedną noc naprawić eksponat?
– Realne – nie! Ale możliwe – śmieje się pan Maciej.

Dwa lata obliczeń

W drodze do wyjścia mijamy ważącą ćwierć tony stalową kulę o mniej więcej metrowej średnicy, która waha się nieprzerwanie na kilkunastometrowej linie. Pan Paweł tłumaczy:
– Wahadło Foucaulta spędzało nam sen z powiek przez prawie dwa lata. W dużym skrócie to eksperyment, który pokazuje, że Ziemia faktycznie obraca się nieustannie wokół własnej osi. Nieprzerwane wahania kuli w połączeniu z ruchem kuli ziemskiej powodują, że stojący przed eksponatem człowiek ma wrażenie, że ruch wahadła następuje w dwóch płaszczyznach. Dlaczego? Płaszczyzna wahania kuli nie jest związana z Ziemią, natomiast stojący na niej zwiedzający – tak.
Za eksponat odpowiadał zespół konstruktorów. Poświęcili bardzo dużo czasu obliczeniom, ale cały czas nie mogli doprowadzić do tego, żeby kula poruszała się po określonym torze. Co kilka dni oznajmiali entuzjastycznie reszcie zespołu: „Mamy to!”, po czym następnego dnia okazywało się, że eksponat dalej nie działa. W końcu, po prawie dwóch latach, znaleźli rozwiązanie.
– Myśleliśmy już, że może coś się stało z Ziemią – może zaczęła się obracać w drugą stronę? Ale mało kto zdaje sobie sprawę, że wystarczy pstryknąć palcami w tę wielką, ciężką kulę, żeby wpłynąć na jej trajektorię lotu. A konstruktorzy uznawali, że to niemożliwe.
– Każdy problem udało się rozwiązać? – Bardzo optymistyczne założenie! Chyba tylko pomysłowy Dobromir tak by potrafił – śmieje się pan Paweł, żegnając się z nami.

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Centrum Nauki Kopernik w listopadzie 2015 r. obchodziło swoje piąte urodziny. W lipcu tego roku CNK odwiedził pięciomilionowy gość.

Zobacz też

Najnowsze