Globalna ebulliofobia

Pomruki niezadowolenia i zniesmaczenia kulturą start-upów są coraz głośniejsze, a wraz z nimi słychać chór głosów pytających: „Quo vadis, Dolino Krzemowa?”. Najbardziej zasadne wydaje się jednak pytanie o to, czy znowu mamy do czynienia z bańką internetową. A jeśli tak, to czy bańka pęknie, czy nie?

Ebulliofobia to lęk przed bańkami i bąblami, które mogą pęknąć. Ludzie, którzy na nią cierpią, obawiają się patrzenia na bulgoczące zupy i wywary, a także na dmuchanie balonów z gumy. Sam dźwięk pękającej bańki wywołuje u nich strach i obrzydzenie, nawet jeśli są to bańki, które generuje ich własny, trawiący żołądek. Już od jakiegoś czasu wiemy, iż ebulliofobia ma także wymiar kolektywny i ma on charakter tak samo apokaliptyczny jak wizje pękającego żołądka i cielesnego rozpadu. Jako społeczeństwo również panicznie boimy się baniek, tylko nieco innych. Na początku XX w., a dokładnie 29 października 1929 r., rozpoczął się pierwszy globalny kryzys finansowy, poprzedzony bańką spekulacyjną na nowojorskiej giełdzie. Pod koniec XX w. pękły co najmniej dwie bańki finansowe: jedna lokalnie – w Japonii, w1985 r., gdy rząd wzmógł produkcję pieniądza w celu stymulowania gospodarki; druga, pęczniejąca w latach 1995–2000 wraz z rozwojem internetu, pękła w USA, ale skutki odczuwalne były globalnie. Rok 2000 zmiótł z powierzchni Ziemi masę technologicznych spółek, w tym wiele wydmuszek.

Ostatni raz spółki internetowe osiągały tak wysokie notowania na NASDAQ w marcu 2000 r. – tuż przed pęknięciem osławionej bańki internetowej. Owa bańka była okresem euforii na giełdach całego świata w latach 1995–2001 i dotyczyła ona spółek z branży informatycznej oraz pokrewnych sektorów. Jej pęknięcie było na tyle dramatyczne, że do dziś kładzie się cieniem na całej technologicznej branży. Mimo to w lutym 2014 r. Facebook dokonał legendarnego już zakupu WhatsAppa za 19 mld dol. To czwarta co do wielkości akwizycja technologiczno-internetowa w historii świata. Mimo tej niebotycznej kwoty WhatsApp – jeśli chodzi o wartość zakupu – nie jest wcale wyjątkiem. Łączna kwota fuzji i przejęć technologicznych i internetowych start-upów oraz spółek w dojrzalszej fazie rozwoju już po pierwszych sześciu tygodniach 2014 r. wynosiła ponad 42 mld dol. I te przyprawiające o zawrót głowy inwestycje Alan Greenspan nazwał swego czasu stanem irracjonalnego zachwytu (irrational exuberance). To stan, w którym płaci się bajońskie sumy, wierząc w świetlaną przyszłość projektów, które się wybrało. I niemal wszyscy są upojeni wizją, że każdy nowy zakup stanie się innowacją, która całkowicie zmieni ludzkie życie.

Przyglądając się obecnym trendom w Dolinie Krzemowej (i nie tylko tam), wiele osób już od kilku lat zadaje sobie pytanie: czy aby znów nie mamy do czynienia z bańką internetową? Może to tylko strach, że historia sprzed dekady znowu może się powtórzyć? A może to jednak bańka, tyle że inna? Gorsza? Straszniejsza?

Skąd biorą się bańki?
Przez długi czas ekonomiści nie potrafili jednoznacznie wyjaśnić, skąd biorą się bańki. Kilka lat temu grupa naukowców z Princeton przeprowadziła jednak szczegółowe badanie dynamiki baniek. Wynikało z niego wyraźnie, że bańki kształtują się przede wszystkim wtedy, gdy inwestorzy fundamentalnie nie zgadzają się wsprawie wagi zaburzających technologicznych innowacji, takich jak chociażby sama komercjalizacja internetu. To, co dzieje się dzisiaj, można by niejako podstawić pod tę definicję. Ulubionym modelem myślenia o „powtórzonej” bańce jest dla wielu analityków i publicystów porównywanie WhatsAppa dziś z Netscapem z 1995 r.

Przełomowa innowacja jest zwykle na tyle zaburzająca, że forsowanie jej na siłę może się okazać dla społeczeństwa zbyt dużą i w związku z tym niezrozumiałą rewolucją.

Rzecz jasna, z wielu powodów WhatsApp to nie Netscape, ale to, że oba projekty zostały wycenione w sposób monstrualnie zawyżony, jest symptomatyczne. Netscape nie przynosił dochodów, kiedy trafił na giełdę, ale mimo to udziały wnim osiągnęły – po trzech miesiącach obecności na giełdzie – wartość 120 dol. (na starcie warte były raptem 12 dol.). WhatsApp ma wprawdzie przychody w wysokości setek milionów dolarów i 470-milionową bazę użytkowników, ale został wyceniony jak firma, która posiada co najmniej 1,5 mld dol. wprzychodach. Analizujący to dość wnikliwie Matthew Cowan, inwestor z funduszu Bridgescale, jest pewien, że znajdujemy się w bańce internetowej, choć jest ona podobna do tej z początku XXI w. tylko w znikomym stopniu. Wówczas firmy ruszały na podbój giełdy nie tylko bez przychodów, ale często też bez planu i modelu biznesowego. Wystarczała narracja o przyszłych sukcesach i dystrybucji dywidend pośród inwestorów, którzy wejdą w projekt. Tym razem jest zaś zdecydowanie inaczej. Firmy podlegają szczegółowym badaniom, fundusze przyglądają się modelom biznesowym, potencjałowi, ważą decyzje.

Kolejna ważna różnica między dziś a wtedy to tzw. pluskwa milenijna, która miała wywołać katastrofę z nastaniem 1 stycznia 2000 r. Argumentem na rzecz istnienia pluskwy i potężnego zagrożenia, które się z nią wiązało, był sposób zapisywania daty w systemach i programach komputerowych. W istocie był to tylko pretekst dla producentów komputerów i oprogramowania, aby skłonić użytkowników do wymiany sprzętu isoftware’u. W rezultacie wzrósł popyt na nowe komputery i programy komputerowe, co zaowocowało wzrostem cen akcji takich spó- łek, jak np. Microsoft, IBM czy Cisco Systems. Dziś pluskwy nie ma i nie będzie przez kolejne 985 lat. Możemy spać spokojnie.

Innym ważnym czynnikiem są zmiany wdostępie do internetu, które nastąpiły w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Nie wolno zapominać, że baza użytkowników sieci w roku 2000 wynosiła trochę ponad 50 mln, a dziś – ponad 2,5 mld. 15 lat temu nie było szans na znalezienie solidnej grupy użytkowników, która uczyniłaby zwłaszcza te bardziej ekstrawaganckie, lifestyle’owe start-upy żywotnymi przedsięwzięciami. Patrząc z perspektywy makro, widać w całym tym mechanizmie przedziwną subwersję: wielu analityków i inwestorów już w drugiej połowie lat 90. trafnie rozpoznało, że większość naszych aktywności będzie odbywać się online. Pomylili się, próbując na siłę przyśpieszać ten trend. Przełomowa innowacja jest zwykle na tyle zaburzająca, że forsowanie jej na siłę może się okazać dla społeczeństwa zbyt dużą i w związku z tym niezrozumiałą rewolucją. Biorąc pod uwagę wszystkie te różnice, trudno się silić na porównywanie dzisiejszych projektów z tymi z lat 90., a mimo to widmo bańki krąży nie tylko nad Europą.

Dokąd zmierza Dolina Krzemowa?
Wielu publicystów, w tym Harrison Weber z The Next Web, znajduje współczesne przykłady start-upów, które skończyły równie źle, co te sprzed dekady. Weźmy kilka bardziej znanych: wyszukiwarkę Go finansowaną przez Disney’a, Pets.com, Boo.com czy Webvan. Większość tych start-upów wyprzedzała swój czas iwszystkie mają swoich współczesnych naśladowców. O ile Go upadła z trywialnego powodu: jako „ocenzurowana” wyszukiwarka treści, za którą stał Disney, nie mogła wyświetlać dużego segmentu bardzo atrakcyjnych dla wielu użytkowników treści, o tyle pozostałe z wymienionych start-upów dziś prawdopodobnie miałyby szanse i ich klony działają (ale też upadają) na rynku. Pets.com to jeden z pierwszych sklepów internetowych z produktami dla zwierząt. Upadł z powodu braku odpowiedniej bazy klientów, ale także dlatego, że podobnie jak inny sklep internetowy, Boo.com, nie radził sobie z problemami logistycznymi. Webvan to zaś nic innego jak internetowy food truck ze świeżą, organiczną żywnością, który zaproponował zbyt wysokie ceny. Bazujące na identycznych modelach biznesowych współczesne start-upy upadają z bardzo podobnych powodów, mimo że zasilane są strumieniem pieniędzy z funduszy. Tym bardziej staje się to intrygujące, gdy spojrzymy na największe inwestycje funduszy w start-upy w 2015 r.: projekt aplikacji geolokalizacyjnej odnajdującej najlepszego florystę w mieście, projekt aplikacji, która doradza wina, projekt sklepu online, który wysyła zabawki wraz z propozycjami, jak się nimi kreatywnie bawić. Wszystko to bardzo ciekawe, ale czy rzeczywiście warte kilkanaście milionów dolarów w fazie inkubacji? W samej Dolinie Krzemowej słychać już pomruki niezadowolenia. To technologiczne centrum miało być odpowiedzialne za zasilanie całego globu w społecznie i gospodarczo istotne innowacje, a tymczasem inwestuje w naiwne aplikacje, które nie rozwiązują trapiących społeczeństwo problemów i nie zaspokajają poważnych potrzeb, zamiast tego generują nowe, trywialne pragnienia. To oczywiście jednostronne i szalenie zachowawcze myślenie, ponieważ wielu tym aplikacjom trudno odmówić funkcji ułatwiających użytkownikom życie – wzbogacają ich wiedzę lub dostarczają potrzebnej w życiu rozrywki. Tym niemniej pomruk jest coraz głośniejszy, a wraz z nim słychać chór głosów pytających: „Quo vadis, Dolino Krzemowa?”.
Do tych pytań dodać należy kolejne. Co z tymi, którzy nie przetrwają? Co z projektami, które się nie udają? Jak konceptualizować sytuację braku sukcesu i co z nią zrobić? Dominujący współcześnie (absolutnie nieporównywalny z klimatem lat 90.) paradygmat pozwala akceptować porażki, zwłaszcza porażki start- -upów. W myśl tej zasady można próbować wielokrotnie różnych przedsięwzięć i ciągle dostawać nowe szanse. Podczas inauguracji tegorocznej inicjatywy Białego Domu wspierającej zakładanie nowych przedsiębiorstw, pod hasłem Startup America, jeden z gości z pasją apelował o to, by Stany Zjednoczone przyjęły tę właśnie filozofię. W latach 90. porażka była dyshonorem.

Aktualna diagnoza
Znana wenezuelska ekonomistka Carlota Perez z London School of Economics bada relacje między finansami a przełomami technologicznymi. Zaczęła od prób zrozumienia zmian cen ropy naftowej wlatach 70. Historia według niej to przede wszystkim kolejne technologiczne przełomy widziane jako poważne zaburzenia wżyciu społecznym i gospodarczym. Zaburzeń nie rozpatruje jako pozytywne bądź negatywne, widzi je jako wiry zmieniające cywilizacyjny kalejdoskop, relacje władzy, więzi społeczne isposoby działania. Perez zaburzenie technologiczne dzieli na etapy. Pierwszy to implementacja, która rozpoczyna przygotowanie i budowę nowej infrastruktury, budowanie nowych kompetencji naruszających dotychczasowy sposób działania iwyłanianie się nowych liderów. Etap ten jest najbardziej dynamiczny i wahliwy ze wszystkich – przypomina kasyno: dużo w nim ryzyka i przypadkowych zwycięstw kreujących społeczne iluzje. Następny etap to dystrybucja – propagowanie i umasowienie wzorców działania (jako przykład Perez podaje tu długotrwały okres prosperity w USA po II wojnie światowej). Nie mamy dobrego sposobu nazwania tego, co się obecnie dzieje. Nie wiemy też dokładnie, w której fazie rozwoju bańki się znajdujemy. Dodatkowym czynnikiem o niebagatelnym znaczeniu jest współczesny technologiczny oligopol, którego w latach 90. nie było. Owszem, istniały firmy takie jak Microsoft czy Sun Microsystems, które miały na rynku pozycje liderów, ale dzisiejsza Dolina Krzemowa to zdecydowanie inna struktura. Pisze o tym między innymi Peter Thiel, inwestor i założyciel PayPala, w swojej książce From Zero to One, wydanej pod koniec 2014 r. Thiel znany jest z kilku fenomenalnych rynkowych analiz i decyzji. Pod koniec 2004 r. zainwestował 500 tys. dol. w Facebooka za 10,2 proc. udziałów w firmie. Poza Facebookiem Thiel zainwestował też wkilka innych – wtedy początkujących – a dziś gigantycznych firm: Slide.com, LinkedIn, Friendster, Yelp, Inc. czy Palantir. Z drugiej strony, to właśnie Thiel w 2004 r. najgłośniej mówił o migracji bańki internetowej z początku XXI w. w kierunku sektora finansowego, a także o bańce na rynku nieruchomości (z powodu której sam w 2004 r. wstrzymał się z kupnem domu Marthy Stewart na Manhattanie wycenionego na 7 mln dol.).

W Dolinie Krzemowej toczy się dyskusja o tym, co należy finansować. Koncepcja inwestowania w kolejne aplikacje umilające czas chyba się wyczerpuje.

Tematyka planowania oraz stabilności i bezpieczeństwa osiąganym dzięki planowaniu ma dla Thiela kluczowe znaczenie. Dlatego też Thiel fetuje dzisiejszy oligopol kalifornijskich gigantów. Uważa, że zabezpiecza on rozwój mniejszych start-upów, które mogą spokojnie działać pod skrzydłami gigantów. Oczywiście, działanie gigantów jako funduszy inwestycyjnych iselekcjonerów nowych rozwiązań nie cieszy wszystkich. Niektórzy analitycy i publicyści, jak Luke Dormehl z „Wired”, wskazują, że zwiększa to ryzyko bańki (przykład Facebooka iWhatsAppa). Wpowietrzu wisi też pytanie, co ze wszystkimi, którzy chcą być startupowcami i liczą na to, że ten krajobraz się zmieni? Jakie są ich szanse na rozwój? Czy jest szansa na stworzenie nowego układu, który będzie bardziej egalitarny iwktó- rym większa liczba mniejszych graczy będzie stanowić jakąś siłę? Przede wszystkim zaś, czy jest to w ogóle pożądane? Luke Dormehl pyta, czy taki krajobraz nie wygenerowałby bańki identycznej do tej z lat 90. Wydaje się to jednak mało prawdopodobny scenariusz.

Ci, którzy stawiają na umocnienie oligopolu, muszą zastanowić się co dalej. Perez mówi o bezpieczeństwie iwskazuje na potrzebę długotrwałych inwestycji, także publicznych, w celu zabezpieczenia drugiego etapu, czyli dystrybucji. Jej opinie stanowią zresztą zarzewie dyskusji o sposobach finansowania start-upów. Wielu analityków się dziwi, że rządowe środki miałyby stanowić mechanizm prewencyjny wobec pęknięcia baniek. Z drugiej strony, wsamej Dolinie Krzemowej toczy się dyskusja o tym, co należy finansować. Koncepcja inwestowania wkolejne aplikacje umilające czas chyba się wyczerpuje. Elon Musk zapowiada inwestycje w zaawansowane technologie medyczne i narzędzia dające społeczeństwu bezpieczeństwo wsieci. Wierzy, że ich wartość daje mniejsze pole do spekulacji. Także coraz częściej mówi o środkach publicznych na przedsiębiorczość (podpisał przynajmniej kilka kontraktów z rządem USA oraz NASA). Wprawdzie Thiel takich pomysłów nie aprobuje, ale trudno przymykać oczy na rzeczywistość. Publiczne środki już zostały zaangażowane wwiele start-upów, zarówno w USA, jak i w Unii Europejskiej czy Azji. I choć nie wiadomo, czy sama bańka rośnie, ebulliofobia na pewno się rozprzestrzenia. Warto pamiętać, że czasami skutki samego lęku są równie dotkliwe co skutki zdarzeń, które ten lęk wywołują.

***

Irrational exuberance

Czyli irracjonalny entuzjazm. Wyrażenie ukute na początku lat 90. XX w. przez amerykańskiego ekonomistę, ówczesnego przewodniczącego Rady Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych Alana Greenspana – po raz pierwszy użył go podczas przemówienia w American Enterprise Institute w 1990 r. (czasy bańki internetowej). Zwrot był interpretowany jako ostrzeżenie, że rynek może być przewarto- ściowany. Irracjonalny entuzjazm to stan, w którym inwestuje się bajoń- skie sumy, ślepo wierząc, że każdy nowy zakup stanie się innowacją, która całkowicie zmieni ludzkie życie. Dziś też często mamy z nim do czynienia – łączna kwota fuzji i przejęć technologicznych i internetowych start-upów oraz spółek w dojrzalszej fazie rozwoju już po pierwszych sześciu tygodniach 2014 r. wynosiła ponad 42 mld dol.

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Najnowsze