Innowacje społeczne: prototypy nie wystarczą

Kiedyś napisałem o sobie: „sprowadzam do Polski nowe”. Od 2006 r. promuję kulturę w wersji 2.0. A jednak coraz częściej hasło „innowacja społeczna” mi przeszkadza. Nie chodzi o to, że do końca nie wiadomo, czym innowacja społeczna jest. To problem z wszystkimi wytrychami pojęciowymi, a na styku społeczeństwa i technologii jest ich dużo: impet cyfrowy, e-kompetencje, gospodarka oparta na wiedzy, kapitał kreatywny itd. W przypadku innowacji społecznej z grubsza wiadomo, o co chodzi: o nowość, eksperyment, zrobienie czegoś inaczej, a przy tym bardziej efektywnie. Podoba mi się, że z pomocą tego hasła można zwracać uwagę wszystkich osób zainteresowanych innowacyjnością jako taką na znaczenie społecznego wymiaru spraw. Dotyczy to np. start-upów, zbyt często zakładających, że ważni nie są ludzie, tylko efektywne wykorzystanie technologii, zysk i twórcza dysrupcja.

Co w takim razie przeszkadza mi w społecznej innowacji? To, że taka nowość nie jest zazwyczaj wystarczająco trwała i dobrze zaprojektowana. 10 lat temu wspólnie z Justyną Hofmokl zaimportowałem do Polski ideę Creative Commons – narzędzi prawnych pozwalających elastycznie zarządzać prawami autorskimi, odchodząc od działającej z automatu zasady „pełne prawa zastrzeżone”. Właśnie wolne licencje uważam za rzadki przykład innowacji społecznej. Licencje takie faktycznie pozwalają robić rzeczy inaczej niż dotychczas, uwalniając różnorodne zasoby marnujące się pod obligatoryjnym zastrzeżeniem praw. By zrozumieć ich znaczenie, wystarczy zajrzeć do Wikipedii (najlepiej wspominając równocześnie Wielką Encyklopedię PWN).

Po 10 latach działalności naszej i innych organizacji wolna kultura odniosła w Polsce wiele sukcesów. Mamy jedną z największych na świecie Wikipedii, a Ministerstwo Edukacji Narodowej tworzy unikalny na skalę światową projekt otwartych podręczników. Równocześnie wolne licencje już dawno dla nas samych przestały być innowacyjne – nawet jeśli sama idea nadal zaskakuje kolejne osoby i instytucje, często przerażone ideą dzielenia się, którą w najgorszym wypadku zrównują z brakiem poszanowania dla własności intelektualnej. Jaka z tego płynie lekcja dla innowacji społecznych? Że zmiana wymaga wytrwałości wykraczającej poza każdą przyjętą datę przydatności do spożycia innowacyjności. Tymczasem w naszych wyobrażeniach innowacja to zmiana społeczna gwarantowana przez prototyp, efekt eksperymentu. I w tym pewnie tkwi czar tego hasła – ludziom epoki internetowej oferuje zmianę rozprzestrzeniającą się równie szybko co wiralny demotywator i przełamującą przyzwyczajenia, które utrwalały się przez dekady. Po drugie, innowacja społeczna rzadko kiedy jest prawdziwą nowością. Dużo częściej polscy innowatorzy zapożyczają, kopiują, służą za pas transmisyjny dla zagranicznych rozwiązań. Nie ma w tym nic złego, choć warto wówczas przystopować z innowacyjnościową retoryką. Taka importowana innowacja ma też jedną podstawową wadę – nie jest swojska. Sam, importując wiele pomysłów, skupiałem się na ich świeżości, nie przywiązując większej wagi do tego, jak sprawdzą się w tutejszym kontekście. Na tym zresztą polega urok innowacji. Mało kto mówi: Sprawdzam!Wiadomo bowiem, że innowacyjne eksperymenty nie przyjmują się łatwo.

Moją prywatną porażką był projekt otwierania i wizualizacji danych budżetowych. W zamyśle miało to być koło zamachowe reformy administracji. W praktyce okazało się szeregiem bolesnych doświadczeń: walka o dane z Ministerstwem Finansów, otwieranie danych najwyraźniej nikomu nieprzydatnych oraz tworzenie wizualizacji, które w gruncie rzeczy nie zmieniły stosunku obywateli do finansów państwa. Rozwiązaniem jest relacyjność, uważne patrzenie na zróżnicowane potrzeby ludzi i lokowanie innowacji w ich kontekście. To niesie ze sobą zgoła inne ryzyko – rozwiązanie ludzkich problemów wymaga niemal zawsze stemperowania innowacji.

Chcąc rozwiązać problem z innowacjami społecznymi, trzeba je po prostu lepiej projektować. To nie powinno zaskakiwać, bowiem cała idea opiera się na analogii do innowacji technologicznej. Ta zaś nie obejdzie się bez żmudnych badań, projektowania i rozwoju. Tymczasem innowacje społeczne są niczym prototypy bez widocznej historii projektowania i bez dalszego etapu testowania i wdrożenia. Prawdziwy innowator zapewne w takim procesie szybko straci zainteresowanie promowaną zmianą. Na szczęście, póki problemy społeczne będą rzeczywiście rozwiązywane, możemy ten proces nazywać dowolnie.

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Twitter: @atarkowski

Najnowsze