Kolekcja dziwacznych noclegów

Ten wyjątkowy pomysł zrodził się w głowie Alastaira Sawdaya trzy lata temu. Nie bez przyczyny – jako wydawca przewodników od prawie dwóch dekad pomaga znaleźć turystom niezwykłe miejsca. W czasie planowania jednej z własnych wypraw, sfrustrowany problemami z zarezerwowaniem domku na drzewie, postanowił sam zorganizować instytucję, która ułatwiłaby poszukiwania tym, którzy szukają czegoś więcej niż wygodnego łóżka na noc. Kolekcję dziwacznych noclegów przekazał w ręce syna Toby’ego, sam wracając do pracy w wydawnictwie. Cały projekt C&S to biznes rodzinny, a sam Alastair udziela się w proekologicznych inicjatywach na rzecz zrównoważonego rozwoju, m.in. jako członek Partii Zielonych. Ciepło i serdeczność, jakie z niego biją, przenikają całość przedsięwzięcia.

Miejsca wyselekcjonowane przez C&S są osobiście sprawdzane przez pracowników firmy. Dzięki temu mamy gwarancję wyjątkowych destynacji – niepowtarzalne budynki, niesamowity krajobraz, ekologiczne jedzenie i możliwość przebywania w nieskażonej niczym przyrodzie. A jest w czym wybierać. Domki na drzewie, kaplice, jurty, wozy, namioty i wszelkiej maści domy i domki budowane przez zapaleńców z Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii i Portugalii. To wszystko pozwala przenieść się w świat dzieciństwa i beztroski. Siłą przedsięwzięcia są gospodarze tych miejsc. To przeważnie osoby, które porzuciły życie w mieście na rzecz spokoju, prostoty i egzystencji w powolnym tempie. Z chęcią dzielą się swoimi historiami i doświadczeniami. Dbają o przyjazną, ciepłą atmosferę i komfort gości. Większość miejsc wypełniają detale pozwalające choć na chwilę zanurzyć się w świecie ich codziennych mieszkańców. Opalane drewnem piece, ekologiczne systemy nawadniające, śniadania z przydomowych ogródków i własnoręcznie pieczone chleby to niemal standard. Zdarzają się wanny w koronach drzew czy pomysłowo umieszczone prysznice.

the-chapel-walcot-hall_cs_gallery_preview

Nie jestem zwolenniczką słowa „glamping”, którym właściciele C&S definiują te oryginalne konstrukcje. Połączenie słów „glamour” i „camping” zupełnie nie pasuje mi do ekscentrycznych noclegów, jakie oferowane są na stronie. Miejsc cały czas przybywa, czemu trudno się dziwić. Udostępnienie skrawka zieleni za swoim domem i postawienie na nim niebanalnej budowli to świetny sposób na biznes, szczególnie jeśli i tak prowadzi się ekogospodarstwo czy ciekawy rzemieślniczy zakład. To trochę inna forma znanej nam bardzo dobrze agroturystyki, połączona z fantazją i luzem gospodarzy.

Planując wypoczynek, szukamy ucieczki od zgiełku miasta. Miejsca, gdzie możemy obcować z naturą i cieszyć się pięknymi widokami. Kilka dni wśród ciszy i zieleni skutecznie ładuje akumulatory. Dla tych, którzy chcą czegoś więcej niż wygodne B&B, mamy kontrpropozycję – Canopy & Stars – skuteczną odtrutkę na stechnicyzowaną rzeczywistość.

Niestety dziecięcych marzeń o noclegu w domku na drzewie nie udało mi się spełnić. Sprawdzając rezerwacje na czas pobytu w Szkocji, trafiłam jedynie na wolną jurtę. Przyznam szczerze, nawet dla mnie, wychowanej wśród lasów i pól, pomysł noclegu w jurcie brzmiał co najmniej dziwnie. Czego jednak nie robi się w poszukiwaniu przygody. Wyzwanie zostało podjęte i późnym wieczorem, mijając szyldy B&B, wylądowałam w Canonbie. Przed przyjazdem mejlowo uzgodniliśmy szczegóły pobytu, a właściciele ze zrozumieniem spełnili prośbę o wegańskie bezglutenowe jedzenie i antyalergiczną pościel – rzeczy, które w zwykłym hotelu wzbudzają popłoch. Diana i Mick okazują się parą buddystów z Nowej Zelandii. Jak przystało na wzorcowych gospodarzy, zagadują nas każdego dnia i służą pomocą w planowanych wyprawach, ale nie narzucają się. Jurta, w której nocujemy, położona jest za ich domem i oddzielona od niego pastwiskiem pełnym owiec, które szybko stają się główną atrakcją naszego pobytu.

1-wds-on-the-road-by-lake_cs_gallery_preview
Kaplica, cygański wóz czy jurta? To tylko przedsmak wciąż uzupełnianej bazy noclegowej Canopy&Stars.

Jej przestrzeń okazuje się całkiem luksusowa. Duże łóżko, kominek, kuchenka – dzięki nim chłodne szkockie noce nie stanowiły problemu. Na zewnątrz znajdujemy ogród warzywny, z którego możemy korzystać do woli, skład drewna, palenisko z pełnym wyposażeniem, pojemnik na deszczówkę i ekotoaletę. Na wypadek, gdybyśmy nie byli tak dzielni, by korzystać z naturalnego systemu wodnego, Mick proponuje prysznic we własnym domu. W jurcie znajdujemy mapy okolic, fachową literaturę o tego typu budynkach oraz wiele gadżetów nawiązujących do mongolskiej kultury. Są też gry, lornetki i latarki, a nawet termofory, gdyby kominek nie wystarczył. Zachłyśnięci naturą porzucamy samochód i penetrujemy okolice pieszo. Udaje nam się trafić na gniazdo jastrzębia, spotkać lisy i zające, a nawet węża. Pierwszej nocy owce nie dają nam spać, a ich odgłosy, jako wybitni eksperci od owiec, bierzemy za stały punkt programu. Na szczęście ta powitalna pieśń była jednorazowym wybrykiem naszych sąsiadek. Pozostałe noce to już flagowy baldachim i gwiazdy. Ewentualnie trzepot skrzydeł mieszkającego nad jurtą nietoperza. Wokół domu Micka i Diany pełno jest zrobionych przez nich mebli. To ich sposób na utrzymanie się poza sezonem. Uwagę przykuwa szczególnie zwodzony most zawieszony nad jadalnią wewnątrz ich domu, prowadzący do położonej pod dachem sypialni. Wyjeżdżamy zrelaksowani, choć pewni tego, że zapału na życie w ten sposób starcza nam zaledwie na kilka dni. Co nie zmienia tego, że w przyszłym roku zapolujemy na domek na drzewie.

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Najnowsze