Kołowrotek dla chomika

W San Francisco wszystko jest możliwe, a do założenia własnego start-upu i odniesienia oszałamiającego sukcesu potrzebni są tylko biała tablica i przekonujący mentor. Nawet jeśli wcale nie jest się biznesmenem, tylko etnografką.

W przejściach dla pieszych w San Francisco jest coś wyjątkowego. Gdy włącza się zielone światło, robię dwa kroki do przodu, a światło znów zmienia się – na czerwone. Wtedy sygnalizator zaczyna odliczać 12 sekund, które zostały mi na przejście przez ulicę. 12 sekund to wszystko, co mam – jeśli zatrzymam się chociaż na chwilę, nie dotrę na drugą stronę. Pędzę więc w panice. Każdego dnia, kiedy chodzę po San Francisco, ten system przypomina mi, czym jest to miasto. Skupia w sobie wszystko, czego nauczyłam się przez ostatnich kilka tygodni mojego pobytu. Bądź szybki, miej oczy i uszy otwarte. Jeśli przystaniesz, żeby pomyśleć, następny samochód może cię potrącić.

W przeciągu zaledwie siedmiu dni poznałam startupowych potentatów, weteranów z czasów bańki internetowej, futurystów, dizajnerów, deweloperów aplikacji, genialnych matematyków, szalonych profesorów, pionierów technologii i kilku typów, którzy pomagali tym pierwszym osiągać cele. W każdej godzinie i w każdej minucie, w której wsłuchuję się w otaczającą mnie kakofonię, ci ludzie chcą ze mną rozmawiać. I to nie tylko po to, żeby się przywitać, ale żeby naprawdę porozmawiać. Chcą opowiedzieć mi o tym, jak funkcjonował kiedyś świat, jak funkcjonuje teraz i jak będzie funkcjonował za 30 lat, a przede wszystkim o tym, z kim powinnam porozmawiać w następnej kolejności. Każdego wieczoru razem z moim chłopakiem wracaliśmy do domu pozbawieni tchu, z sercami bijącymi mocniej na wspomnienie głosów ludzi, których poznaliśmy podczas naszych badań terenowych.

Przyjechałam do San Francisco latem 2015 r. z zamiarem zrobienia badań wpływu technologii cyfrowych na to, jak ludzie traktują anonimowość. Moim zadaniem było przeprowadzenie wywiadów z ludźmi z Doliny Krzemowej, którzy mają coś do powiedzenia w kwestii anonimowości, tożsamości, prywatności i związanych z tym tematów. To miało dać mi szerszy obraz dyskusji o anonimowości. Osobiście najbardziej interesuje mnie sposób, w jaki anonimowość jest programowana i kodowana, ale chciałam rozmawiać też z ludźmi, którzy specjalizują się w polityce internetu, tworzeniu aplikacji, a oprócz tego z pracownikami Facebooka, Airbnb i portali randkowych – krótko mówiąc,  z każdym, kto może dać mi pojęcie, gdzie dzisiaj znajduje się anonimowość.

Ponieważ moja praca w San Francisco w dużej mierze opierała się na wywiadach, potrzebowałam bazy – miejsca, w którym mogłabym posiedzieć w ciszy i spisać notatki. Dlatego w niedzielny wieczór zajęłam się poszukiwaniem odpowiedniej przestrzeni coworkingowej. W okolicy było mnóstwo do wyboru, ale ja przez przypadek trafiłam na wyjątkowo zachęcające miejsce w dzielnicy SoMa, blisko biura, w którym pracował mój partner. Weszłam tam w poniedziałek o 10 rano. Kilkanaście osób siedziało w dużych, wygodnych fotelach w dwustumetrowej białej sali zastawionej brązowymi biurkami. Nigdzie nie widziałam obsługi, więc zapytałam o nią najbliższą osobę bębniącą w laptopa, a ona wskazała mi eleganckiego Włocha, który przywitał mnie szerokim uśmiechem. Powiedział mi, że pierwszy dzień jest darmowy i że mogę usiąść, gdziekolwiek chcę. Cofnęłam się więc o kilka biurek i położyłam swojego laptopa obok 45-letniego mężczyzny siedzącego na metalowej szafce i rozmawiającego z dziewczyną, która stała tuż za mną.

– Przepraszam, siedzę na twojej szafce – powiedział.
Dla dobra tej historii powstrzymam się przed używaniem jego prawdziwego imienia. Nazwijmy go po prostu Theo.
Theo był entuzjastycznym weteranem branży technologicznej. Tak też wyglądał – jak ktoś, kto wiele widział i zrobił, ale też spędził sporo czasu, paląc, pijąc i imprezując. Kiedy zapytałam o jego oficjalne stanowisko, podał mi wiele enigmatycznych tytułów, takich jak „akcelerator”, PR-owiec, menedżer ds. rozwoju czy naciągacz. Był jednym z „innych typów” – takim, którego nie zobaczysz na okładce „Forbesa”, jednym z tysiąca w rejonie zatoki San Francisco, którzy pomagali biznesom się rozwijać, ludziom – realizować swoje marzenia, a wszystkim – osiągać konkretne rezultaty. Polubił mnie od razu po tym, jak powiedziałam mu, że interesuje mnie wytłumaczenie szerszej publice, jak działa programowanie. Spodobało mu się to, jak bardzo chcę opowiedzieć historię programistów z innej perspektywy.
– Dokładnie, dziewczyno! – odpowiedział. – Programiści nie chcą pieprzonych imprez w szybkich samochodach, picia drinków na plaży i klubów w Miami, gdzie imprezują tacy jak ja. Ich nie interesują pieniądze. To inwestorzy inwestują w nich, bo zależy im na kasie. Programiści robią to dla sztuki. Oni po prostu chcą siedzieć i dopieszczać swoje dzieło. Siedzą nad laptopami i kodują, dopóki ich dziecko nie będzie gotowe – im trudniejszy projekt, tym lepiej. Jeśli stworzą coś zupełnie z innego świata, zostaną docenieni. A ich interesuje właśnie to uznanie – coś w stylu: „Hej, typie, udało ci się, jesteś zajebisty”.

Theo był absorbujący i chciał na jednym oddechu opowiedzieć mi wszystko o rejonie zatoki San Francisco. Urodził się i dorastał w San Jose, a potem przez długie lata pracował w bankowości – aż do dnia, w którym postanowił rzucić pracę i pomagać start-upom. Jednym z jego wielu projektów było zarządzanie tym biurem coworkingowym, które szczyciło się tym, że nie zmieniło się w elitarny klub dla najlepszych, tak jak wiele innych tego typu miejsc, i pozostawiło otwarte drzwi dla ludzi z wizją. Ten model biznesowy zakładał niski czynsz, usługi prepaid i przyjazny klimat do nawiązywania kontaktów zawodowych.

Nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co się dzieje. Theo kręcił się wokół mnie w krześle obrotowym i tłumaczył mi, jak działa biuro. Przedstawił mnie swoim kilku bliskim znajomym – również siwym, starszym panom z wyraźnie zarysowanymi brzuszkami piwnymi, którzy wyglądali jak bankierzy albo trenerzy piłki nożnej. Przez następne pół godziny opowiedział mi o wszystkich, którzy liczą się w Dolinie Krzemowej, wymieniając nazwiska potentatów technologicznych, o których nigdy nie słyszałam, i przytaczając historie biznesów, które odniosły sukces i upadły. Co dwie sekundy wskazywał na mojego laptopa i mówił: „Nic o tym nie wiesz? Poszukaj”. Parę chwil później wyciągnął mnie na lunch do food trucka, który stał zaraz obok naszego biura i wyglądał jak wyjęty prosto z filmu. Okazało się, że to jedno z przedsięwzięć, które wspierał. Obserwowałam w zachwycie, jak przybijał piątki właściwie wszystkim – nerdom, którzy wylewali się z okolicznych firm technologicznych, inwestorom kapitałowym i kucharzom z food trucków.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się: „Wszystko zaczyna się tutaj. Jeśli wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, to najlepiej być w Dolinie Krzemowej”.

Następnego dnia byłam z powrotem w biurze. Nieopodal mojego biurka dwie długowłose dziewczyny z Izraela dyskutowały o aplikacji związanej z wyprowadzaniem psów, którą próbowały zoptymalizować. Kilku nerdów przyklejonych do swoich smartfonów siedziało na kanapach, a duża grupa pracowała nad jakąś aplikacją dotyczącą jedzenia. Jak powiedział jeden z kolegów inwestorów Theodora, to wszystko, co się tu liczy: technologia i jedzenie. Albo raczej połączenie technologii i jedzenia. Tak więc start-up związany tylko i wyłącznie z jedzeniem idealnie wpisuje się w styl San Francisco.

Byłam przytłoczona tym, jak wszystko tutaj dotyczyło start-upów. Start-upy były jak buty. Nie nosisz butów? Co? To jak poruszasz się po ulicy? Poza tym codziennie na nowo szokował mnie ogrom bogactwa kontrastującego z rażącą biedą, narkotykami i bezdomnością w dzielnicach takich jak Tenderloin. W drodze na wywiady widziałam milionerów i miliarderów, którzy wychodzili ze swoich hoteli na Market Street, a 15 minut później niemal ocierałam się o bezdomne kobiety kurczowo ściskające zużyte igły i śpiwory. Wszystko to w miejscu rozkwitu branży aplikacji, która twierdziła, że za pomocą technologii zbawia świat. Moją pierwszą reakcją było pytanie: „Jaki świat?”. Wyraźnie nie chodziło o zbawienie świata w ogóle, tylko ich świata.
Ledwo zegar wybił 12, a Theo, obracając się w swoim krześle, stwierdził kategorycznie: „Idziemy na lunch. Chodź ze mną”.
Nie byłam głodna, ale nie protestowałam i poszłam za nim na parking, na którym stały food trucki i gdzie życie tętniło szaleństwem godziny lunchowej. Programiści w modnych, zgniłozielonych spodniach chodzili od jednego food trucka do drugiego, próbując dokonać wyboru pomiędzy hinduskimi dosami a sushi z węgorza.

W biurze Theo usiadł koło mnie z miską kurczaka Cajun. „Powinnaś spojrzeć na to, co robisz, tak jak wszyscy tutaj. Nieważne, czy jesteś kimś od strategii rozwoju biznesu, sprzedawcą, programistą, czy naukowcem: chodzi o to, jak daleko możesz się posunąć” – powiedział.
Byłam trochę zdezorientowana. „Co masz na myśli?” – spytałam.
„Powinnaś zapytać siebie sama: jak daleko mogę się posunąć?” – powiedział, uderzając pięścią w stół. „Po prostu zrób to. Użyj Doliny Krzemowej jako trampoliny do sukcesu, być może rozumianego inaczej, niż wyobrażałaś go sobie do tej pory. Popatrz na siebie jak na kolejnego przedsiębiorcę, który próbuje zrobić coś, co ma dla niego znaczenie. Jaki problem próbujesz rozwiązać? Jaki jest twój problem? I jakie jest twoje rozwiązanie? Chodzi o to, jak możesz użyć procesu myślowego i metod działania Doliny Krzemowej, żeby wznieść się na inny poziom. Może będzie tak, że wszyscy ci ludzie, o których myślałaś, że nie są zainteresowani twoim pomysłem, nagle zaczną za tobą podążać. To jest fabryka marzeń, dziewczyno. Tutaj buduje się swoje marzenia”.

Intensywność Theo zdezorientowała mnie. O czym on mówi? Jestem etnografką, a etnografowie siedzą i słuchają. Nas nie interesuje „wznoszenie się na inny poziom”. Co niby miałabym wznieść na inny poziom? Patrzeć bardziej wnikliwie? Więcej słuchać? Cały czas nie wiedziałam, o co mu chodzi.
„Dolina to miejsce współpracy. Wszyscy będą zainteresowani tym, co masz do powiedzenia. Coś w stylu: »Dobra, jak możemy to rozdmuchać?«. Pamiętasz ten wykres, który mi przesłałaś z Digital Cultures Research Lab, ten z bańkami? Być może to było wszystko, co miałaś, kiedy tu przyjechałaś. A teraz weź ten wykres i rozdmuchaj go!”. Theo przeraził mnie trochę, kiedy uderzył ręką w stół z podekscytowaniem. Wziął kolejny kęs kurczaka i kontynuował swój monolog: „Nie uciekniesz przed odpowiedzią na pytanie: Co chcemy osiągnąć? Zapytaj ludzi o najbardziej szaloną rzecz, jaką mogą sobie wyobrazić – to jest właśnie miasto, w którym możesz ją zrobić. Przyjmij kulturę Doliny. Dolina to pistolet, a ty jesteś pociskiem. Jeśli nie naciśniesz wystarczająco mocno, nic się nie wydarzy, a ty odniesiesz porażkę. Ale możesz to zrobić. Wygrać. Albo przegrać, a potem na odwrót. Tutaj obowiązują inne zasady niż wszędzie indziej. Musisz dosiąść tego konia – jeśli już masz być jak chomik w kołowrotku, równie dobrze może to być kołowrotek na przyspieszonych obrotach”.
„Nadal nie rozumiem, o czym mówisz” – niepewnie się uśmiechnęłam.
„Posłuchaj, dziewczyno. Tutaj rządzi kult osobowości – jak bardzo możesz się wypromować? Jak dużo osób może się z tobą zgodzić, dołączyć do ciebie, imprezować z tobą? Mamy tutaj pokój konferencyjny – przyjdź ze swoim chłopakiem, zaprosimy setkę najważniejszych ludzi, zrobicie jakiś wykład i rozdmuchacie to!”.
Aj, teraz Theo naprawdę się podekscytował. Zaczęłam się trochę odsuwać.
„Tak to działa w Dolinie. Wiem, co powinniście zrobić. Ty i twój chłopak powinniście założyć własny start-up. Mówię ci. Jeśli wejdziesz między wrony, i tak dalej. Rozdmuchajcie to. Powiedz swojemu chłopakowi, żeby tu przyszedł i po prostu jakoś to rozpiszemy”.

Jakoś to rozpiszemy? Jestem dość niechętna. Nie sądzę, żeby Theo wiedział, czym zajmują się naukowcy. Ale jednocześnie czuję, jak zaczyna walić mi serce, a przez moje ciało przebiega dreszcz. Myślę, że czuję to, co większość ludzi w Dolinie Krzemowej w tym momencie: ten elektryzujący pęd kołowrotka dla chomika, który sprawia, że ludzie ekscytują się i tracą rozsądek. Spojrzałam na Theodora. Może jednak warto jakoś to rozpisać i zobaczyć, co z tego wyjdzie?

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Zobacz też

Najnowsze