Miejskie innowacje

Miasta znowu zaczynają prężyć muskuły. Potrzebują tych mięśni nie mniej niż za przemysłowej rewolucji, ale potrzebują ich inaczej. O ile wczoraj były one narzędziem obsługującym rozwój, o tyle jutro mają być odpowiedzialne za jego obmyślanie. Nowych idei i wiedzy równie często będziemy szukać, wytężając mięśnie, co umysły.

100 trendów miejskich
Takie wrażenie można odnieść, przeglądając mały słownik współczesnych idei i zjawisk miejskich, przygotowany w 2012 roku w ramach berlińskiej odsłony BMW Guggenheim Lab. Powstał on w rezultacie dyskusji oraz warsztatów. Jako podsumowanie węzłowych punktów w myśleniu osób uczestniczących w wydarzeniach, obserwujących kształt i potencjalne kierunki rozwoju miast. Postawiono przed nim duże cele – chodziło nie tylko o badanie, ale też kształtowanie trendów. Popularyzacja nowego słownika pojęć o mieście uczulać miała na nieoczywiste sposoby dokonywania zmian w jego obrębie. Szczególnie ciekawie przedstawia się grupa haseł pozwalających podminować mosty między rozwojem a planowaniem, wiedzą a ekspertami, zerwać z lokowaniem umysłu w ludzkiej głowie, a także nadkruszyć mury oddzielające myślenie od działania.

Thinkering
Trudno stworzyć polski odpowiednik, który równie trafnie lepiłby słowa „myśleć” i „majsterkować”. Patrząc na zmiany w mieście w tych kategoriach, przyznajemy rację kognitywistom, którzy od dawna w podobny sposób wypowiadają się o procesach poznawczych. Co jednak ważniejsze: dowartościowujemy ogromne zasoby wiedzy lokalnej zdeponowanej w ciałach mieszkańców, a w konsekwencji emancypujemy także tych z nich, którzy zwykle znajdują się poza nawiasem myślenia o rozwoju miast. Słownik określa ich mianem nieekspertów, polscy socjolodzy – Rafał Drozdowski i Michał Podgórski – mówią o ekspertach codzienności. Za każdym razem chodzi o wskazanie na bogate doświadczenia, pomijane dotychczas przez miejskich planistów, niezależnie od ogromnego wpływu owych doświadczeń na wytwarzanie miasta na co dzień. Porażka dotychczasowych form planowania eksperckiego, powrót do intuicji, rozwój inicjatyw miejskich opierających się na zaangażowaniu dużych zbiorowości oraz doskonalenie narzędzi pozwalających wydobyć milczącą wiedzę mieszkańców pozwalają widzieć w praktyce thinkeringu spory potencjał identyfikowania miejskich problemów i innowacji. Tym bardziej że w podobnym kierunku zmierza także uczenie designu. Dzięki szybkiemu prototypowaniu łączy się w nim na powrót etap planowania i wdrażania rozwiązań. Daje się w ten sposób wgląd w cały proces projektowania, a jednocześnie przyczynia do demokratyzacji tej formy aktywności. Design próbuje się uczynić kompetencją powszechną także pośród osób, które na co dzień nie projektują lub przynajmniej nie myślą o własnym działaniu w ten sposób.

Zdolność miasta do wytwarzania nowych rozwiązań mierzyć można jego otwartością na eksperymentowanie.

Eksperymentatorstwo
Coraz trudniej wymyślić zmianę, której przebieg i skutki dałoby się zaplanować w punkcie wyjścia.  Zbiorowość miejska jest zbyt skomplikowana na takie przewidywania. Gdzie trudno o plan, tam na wartości zyskuje eksperyment. W ogóle zdolność miasta do wytwarzania nowych rozwiązań mierzyć można jego otwartością na eksperymentowanie. Słowami dr House’a: umysł to mięsień – trzeba go ćwiczyć. Praktyka ta niewiele musi mieć przy tym wspólnego z jej najczęstszymi definicjami. Nowy eksperymentalizm miejski polega raczej na tworzeniu przestrzeni, w których problemy i rozwiązania pojawiać się będą w trakcie kolejnych prób, niż na ostatecznym potwierdzaniu czy obalaniu hipotez. W takich warunkach eksperymenty zakrojone na dużą skalę stają się jednak zbyt ryzykowne. Stąd popularność interwencji, które zmianę w miejskich rutynach wprowadzają punktowo, odkrywają po kawałku reguły funkcjonowania porządku. Zakłócenia te równie dobrze co argumenty w debacie mogą przybierać postać zdarzeń cielesnych czy interwencji materialnych. Czymś więcej okazuje się także umysł, który za takimi eksperymentami stoi – w jego zakres wchodzą także ciała, narzędzia, instrumenty oraz elementy otoczenia zaangażowane w proces poszukiwania nowych rozwiązań. W cenie będą technologie, które do eksperymentowania zachęcą różnych mieszkańców. Eksperyment przestaje być domeną ekspertów, staje się zobowiązaniem zbiorowym.
Myśleć razem z miastem
Ilość informacji generowanych przez miasta będzie wzrastać. Odpowiednie sensory mierzą poziom zanieczyszczenia, natężenie korków, korzystanie z rowerów lub komunikacji miejskiej, rozwijają się systemy monitoringu. Nietrudno wyobrazić sobie i taki ich rodzaj, który gromadził będzie dane na temat wielkości i charakteru transferów finansowych z podziałem na poszczególne części aglomeracji. Przyrost informacji konsekwentnie wymusza wprowadzanie mechanizmów automatyzujących dostosowywanie ustawień miejskiej infrastruktury do reakcji jej użytkowników i pracę nad kolejnymi. Sterowanie światłami na skrzyżowaniach to zaledwie najprostszy z przykładów rozwiązań, w których decyzje porządkujące ludzkie zachowania podejmowane są z niewielkim udziałem człowieka. Nie należy tego rozumieć jako wskazanie, że to właśnie maszyny zastąpią nas w roli innowatorów. Jak zresztą wiemy, taki podział nigdy nie był specjalnie aktualny. W czasach, w których co chwila rozrastają się mapy czy grafy tworzone przez ogromną rzeszę osób przy użyciu technologii mobilnych oraz oprogramowania typu open-source, staje się on aktualny jeszcze mniej. Zbyt wiele nie ryzykujemy za to, zakładając, że coraz większa liczba nowych rozwiązań nie będzie już rezultatem bezpośredniej obserwacji miasta, ale jego rozmaitych reprodukcji. Łączyć one będą informacje, których nie widać gołym okiem. Umiejętność tworzenia wizualizacji przekształcających w czytelną formę ogromne ilości informacji dostarczanych przez same miasta jeszcze bardziej nabierze na znaczeniu. Koniec z myśleniem o mieście. Czas myśleć wspólnie z nim.

Euforia
Charles Montgomery, jeden z wykładowców BMW Guggenheim Lab, przemierzał świat, starając się rozwijać koncepcję, wedle której miasta potrafiące sprawiać radość rozwijają się lepiej także w innych obszarach. Założenie jest proste. Kiedy mieszkańcy lubią swoje miasta, to czują się w nich szczęśliwsi, troszczą się o nie, wykorzystują jako miejsce spotkań i tak dalej. Jeśli Montgomery ma rację, to plaże i hamaki, wygodne meble miejskie, niekonwencjonalne fontanny, tarasy widokowe, przestrzenie zabaw – wszystko, co może połechtać mieszkańców – stać się powinno istotną częścią zawodowych obowiązków wszystkich projektantów, tych bardziej i tych mniej profesjonalnych. Miasto, które potrafi sprawiać radość, to zarazem miasto rozumiejące różne kategorie swoich mieszkańców. Projektowanie podniet z konieczności jest zatem inkluzywne, i to w dwojakim sensie. Po pierwsze, chodzi o uszczęśliwianie wszystkich mieszkańców, a może najbardziej tych, którzy zwykle są na uboczu. Po drugie, przyjemności bycia w mieście nie powinno się ograniczać do intelektualnej satysfakcji. Zdecydowanie chodzi w niej także o doznania cielesne. Zagrzewać do walki o ten ludzki, cielesny, skórny wręcz wymiar tworzenia miasta będą także ci, którzy zwykle myślą o nim w sposób raczej mniszy. Wykorzystanie ciała jako narzędzia miejskiego planowania i eksperymentów pozwala bowiem rzucić nowe światło na wiele z obecnych miejskich problemów, jak chociażby atomizacja społeczna czy niechęć do przestrzeni publicznych.

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Najnowsze