Omphalos mundi

Są takie miejsca, które – choć położone z dala od uznanych centrów cywilizacyjnych – wytwarzają dziwną energię. Nie, nie chodzi mi o mętne dywagacje o czakrach i tym podobnych ezoterycznych nudach. Mam na myśli na przykład Węgajty, warmińską wieś schowaną tuż pod Olsztynem. Dokładniej, jedno wtej wsi obejście, gdzie ulokował się Teatr Węgajty – instytucja wszystkim amatorom sztuki alternatywnej doskonale znana od wielu lat.

Węgajcki teatr prowadzony przez Erdmute iWacława Sobaszków mimo powracających nieustannie „obiektywnych trudności” nie daje się zlikwidować. Być może dlatego, że jego twórcy ograniczyli materialne potrzeby do minimum i żyją zgodnie z pustelniczym modelem, o chlebie, wodzie i korzonkach, finansując działalność instytucji datkami dobrych ludzi i raczej bardziej niż skromnym dofinansowaniem publicznym. W polskiej rzeczywistości kulturalnej nic nowego, więc nie ma co rozprawiać. Wyjątkowy jest jednak efekt tych inwestycji, skromnych pod względem materialnym, gigantycznych, jeśli mierzyć zaangażowanymi wolą, kreatywnością, duchem.

Raz w roku, w lipcu, teatr organizuje Wioskę Teatralną, festiwal zmieniający Węgajty w omphalos mundi, pępek świata. Żadna przesada, do warmijskiej wioski ściągają wówczas ludzie z całego świata, występując zarówno wroli aktorów, jak iwidzów. W tym roku dopatrzyłem się gości zAfganistanu, Maroka, Mongolii, Sierra Leone, Wybrzeża Kości Słoniowej, Tajwanu, Białorusi, Ukrainy, Niemiec, Czech, Hiszpanii, Szwajcarii. Gdy w polskich mediach trwała absurdalna dyskusja o uchodźcach i o tym, jak nie wpuścić do kraju kontyngentu 2 tys. osób „przydzielonych” nam przez Unię Europejską, w Węgajtach nikt nikomu nie sprawdzał paszportu ani nikt nikogo nie pytał o wyznanie. I nikt też się nie bał, mimo że wśród przybyszów byli także muzułmanie.

W tym roku Wioska Teatralna za temat przewodni wzięła problem granicy i wykluczenia. Siła pomysłu polegała na wszechstronności ujęcia tego tematu: kim jest inny, któremu odmawiamy prawa uczestnictwa we wspólnocie? Nie musi wyróżniać się kolorem skóry, Bogiem,do którego się modli, wystarczy, żeby był upośledzony fizycznie, żeby miał inaczej skonstruowany umysł, a już uruchamia się system selekcji. Fenomen Węgajty polega na tym, że ten system „hakuje”, przeciwstawia się mu i nagle, wciągu lipcowego tygodnia można tu zobaczyć wszystkich, których na co dzień w przestrzeni publicznej nie zobaczymy: tańczących mimo cielesnego inwalidztwa, pensjonariuszy domu pomocy społecznej grających Schulza, imigrantów i uchodźców przepracowujących swój ciężki los za pomocą sztuki.

To właśnie w Węgajtach poznałem Teatr 21 prowadzony przez Justynę Sobczyk, którego aktorami są osoby obciążone zespołem Downa i autyzmem. Ostatni ich projekt, Tisza be Aw realizowany w Polin – Muzeum Historii Żydów, miał intensywność podobną do tej, jaką zdołał wytworzyć Christoph Marthaler w Ostrzeżeniu przed przyszłością, przedstawieniu wystawionym na terenie szpitala psychiatrycznego w Lubiążu. Obie rzeczy mówiły o nazistowskim planie zagłady niepełnosprawnych jako zbędnych i pokazywały, do jakich skutków prowadzić może eskalacja dyskursu wykluczenia racjonalizowanego odwołaniami do argumentów efektywności, kosztów etc.

Węgajty tę logikę łamią, coroczny festiwal staje się przestrzenią utopii, marzenia o dobrym społeczeństwie, którego zasadą jest włączanie, a nie wykluczanie, które kwestionuje redukcjonistyczne argumenty pseudorealistów twierdzących, że otwartość na innych doprowadzi do zagłady cywilizacji, wcześniej jednak prowadząc do ekonomicznej katastrofy, którą na domiar poprzedzi krwawe starcie z dżihadem. Węgajcka utopia nie jest jednak sentymentalna, nie polega na próbie odtworzenia hipisowskiej komuny przez podstarzałych uczestników dawnej kontrkultury, nie ma też sekciarskiego charakteru, który przed wejściem na teren teatru zmuszałby do zawieszenia indywidualnych tożsamości uczestników. To raczej utopia wielości, multitudo – spotkania odrębnych, pojedynczych osób, które poza mnóstwem różnic łączy wzajemny szacunek i uznanie.

Fenomen Węgajt nie byłby wszakże możliwy, gdyby nie wspólny kod, jaki zapewnia idea teatru potrzebnego. Nie chodzi w niej o prosty utylitaryzm, jaki można często dostrzec wprojektach animacyjnych, kiedy medium teatru wykorzystywane jest instrumentalnie w roli narzędzia terapeutycznego. W tym przypadku celem jest sztuka i poszukiwanie artystycznej doskonałości, z założeniem jednak, że w poszukiwaniu tym mogą uczestniczyć wszyscy.

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Twitter: @edwinbendyk

Najnowsze