Próbujesz, aż się uda

Dzwonię, żeby umówić się na rozmowę.
– Czy możemy się spotkać w pracowni?
– Nie. Z zasady nie przyjmuję w pracowni gości.
Mateusz tłumaczy, kiedy niedługo później spotykamy się w kawiarni:
– Po prostu w mojej pracowni dużo się dzieje. Nie zapraszam do siebie ludzi, bo wszędzie leżą rzeczy, którymi można zrobić sobie krzywdę – np. nóż do cięcia papieru albo gilotyna. Zamiast tracić czas na odkładanie wszystkiego na półkę, wolę dotrzymywać terminów.

Mateusz Wiśniewski jest właścicielem pracowni Letter & Press, która za pomocą tradycyjnej, rzemieślniczej metody wytwarza wizytówki na papierze bardzo wysokiej jakości. W odpowiedzi na pytanie, dlaczego mu się chce, Mateusz uśmiecha się i mówi: – To długa historia.

Czas
– Jestem związany z drukiem, odkąd pamiętam. Jak byłem mały, wujek Krzychu odbierał mnie z przedszkola i razem chodziliśmy do babci Teresy odwiedzać ją w drukarni, w której pracowała.
Nikt wtedy jeszcze nie słyszał o zasadach BHP, więc jako dziecko chodził pomiędzy maszynami i obserwował, jak wygląda proces druku.
– Pamiętasz, żebyś się wtedy czegoś nauczył?
– Za mały byłem. Chociaż, z drugiej strony, jakbyś postawił dzieciaka przed maszyną i spytał: „co to jest?”, toby powiedział, że maszyna, a ja już wiedziałem, że to zespół farbowy. Prawie całą wiedzę przekazał mi ojciec, kiedy byłem trochę starszy.
Na początku nic nie wskazywało na to, że w życiu będzie się zajmował typografią. Po szkole zajął się dziennikarstwem, a potem został kierownikiem produkcji telewizyjno-filmowej.
– W pewnym momencie ojciec, który ma drukarnię na Kujawach, poprosił mnie o pomoc. Jako że moje ówczesne zajęcia trochę mi się znudziły, zgodziłem się. Mniej więcej pięć lat temu zacząłem mu asystować. Ruszyło.
Po pewnym czasie Mateusz uznał, że chce iść na swoje. Spodobała mu się jedna z najstarszych technik druku – letterpress. Polega na wykorzystaniu prasy typograficznej wyprodukowanej pomiędzy drugą połową XIX w. a pierwszą połową XX w. Farbę nakłada się na talerz farbowy. Wałki maszyny smarują farbą czubek matrycy, która przenosi wzór na papier. Grafikę się tłoczy, więc wzory wykonane tą techniką są wklęsłe. Produkcja jest bardzo czasochłonna – żeby zrobić np. dwukolorowy wzór, trzeba przygotować matrycę z jednym kolorem, odbić go oddzielnie na każdej sztuce wizytówki, wysuszyć, przygotować matrycę z drugim kolorem, ponownie odbić i wysuszyć, po czym przyciąć każdą sztukę do odpowiedniego wymiaru.
– Prasa tłoczy każdą kartkę pojedynczo, co oznacza, że każdą trzeba włożyć, odbić i wyjąć. To zajmuje bardzo dużo czasu. Nie wszyscy klienci są tego świadomi. Zadzwonił do mnie niedawno człowiek o siódmej rano, który z pełną powagą oznajmił, że na dziesiątą mam dostarczyć do Sopotu kilkaset wizytówek. Przy naszym sposobie produkcji to niewykonalne!

Prasa
Znalezienie odpowiedniej prasy typograficznej zajęło Mateuszowi prawie półtora roku.
– Jak się szuka takiego sprzętu?
– Partyzanckimi sposobami! Przeszukujesz serwisy z aukcjami internetowymi, specjalistyczne fora dla drukarzy, dzwonisz po ludziach. W Polsce jest prawie zerowa szansa, że dostaniesz taką maszynę – większość pras zardzewiała, bo nikt się nimi nie zajmował, albo je zezłomowano. Najwięcej jest ich w krajach z bogatą tradycją drukarstwa – w Wielkiej Brytanii, Holandii i Stanach Zjednoczonych.
Zanim Mateusz kupił maszynę, której obecnie używa, kilka razy był o krok od kupienia innych. Transakcje jednak nie dochodziły do skutku.
– Jeden typ próbował mnie oszukać, bo wysłał mi zdjęcia kompletnego mechanizmu, a potem go zdekompletował i chciał sprzedać w takim stanie. Inny zapomniał powiedzieć, że maszyny nie da się wyciągnąć z pomieszczenia w jednym kawałku, bo drzwi są za wąskie, a inny powiedział, że skoro kupuję, to on ją jutro wystawia na podwórze ze swojego pomieszczenia w Amsterdamie i że mam ją odebrać. A przecież wystarczy jeden dzień deszczu i prasa jest do niczego!
W końcu znalazł odpowiedni egzemplarz w Estonii.
– Za szybko odkryłem się przed właścicielem. Od razu zauważył, że chcę kupić maszynę i że bardzo mi zależy, więc wyskoczył z ceną z
kosmosu. Musiałem trochę odczekać, żeby zbić cenę. Negocjacje trwały kilka miesięcy. Także z tego powodu, że nie mogłem pojechać do Estonii, żeby ocenić jej stan.
– Nie wiedziałeś, co kupujesz?
– No, nie do końca. Prosiłem właściciela o tonę zdjęć, żeby ocenić stan maszyny. Pisałem np.: Proszę stanąć po lewej stronie i zrobić mi zdjęcie koła zamachowego w trybie makro. Albo: Proszę stanąć z przodu i sfotografować mi języczek, który odbija papier. Widziałem, czy czegoś brakuje albo czy coś jest popękane.

Gilotyna do cięcia papieru.
Gilotyna do cięcia papieru.

W końcu Mateusz zdecydował się na zakup. Niedługo później prasa dotarła do pracowni.
– Rozpakowałem i od razu się ucieszyłem, bo cały mechanizm był uwalony smarem, żeby nie zardzewiał. Dobry znak – obecność smaru oznaczała, że prasą musiał się zajmować ktoś, kto się na niej znał.
W maszynie brakowało niektórych drobnych części, które były konieczne do tego, żeby działała we właściwy sposób.
– W jaki sposób doprowadziłeś ją do stanu używalności?
– Przede wszystkim pytałem ludzi, którzy się na tym znają. Mojej babci już nie było na świecie, więc chodziłem do jej kolegów, osiemdziesięcioletnich emerytów. Zawsze pomagali. Pytałem, do czego potrzebna jest dana część albo dlaczego nie mogę wydrukować danego wzoru z dużą dokładnością. Działałem też we własnym zakresie: widziałem np., że w konstrukcji jest dziura, która ma jakiś gwint. Możesz się domyślić, że brakuje śruby. No to mierzyłem średnicę dziury i szedłem z wstępnym rysunkiem do tokarza. Tokarz zadawał oczywiście dodatkowe pytania, na które nie znałem odpowiedzi. Musiałem wrócić do domu, sprawdzić i odwiedzić go ponownie. I tak w kółko. Sporo roboty, ale uważam, że jak decydujesz się, że chcesz coś robić, to próbujesz do skutku, aż się uda.

Klienci
Wizytówki spod ręki Mateusza cechują się bardzo wysoką jakością wykonania. Papier wytwarzany z bawełny jest bardzo gruby, więc od razu zwraca uwagę. Mateusz nie ukrywa, że wizytówki są znacznie droższe od wykonywanych standardowo.
– Kto u ciebie zamawia?
– Nie da się umieścić moich klientów w jednej kategorii. Są ludzie, którzy znają się bardzo dobrze na projektowaniu. Przesyłają gotowy projekt, a ja tylko nanoszę go na matrycę i drukuję. Ale są też tacy, którzy od razu na początku uprzedzają, że nie mają o tym pojęcia i żebym ich przeprowadził za rękę. Staram się pomóc.
Było już tak, że Mateusz przygotowywał wizytówki dla aktorek burleski, a dzień później dla pastora.
– Kiedyś zadzwonił do mnie ochroniarz, który zażyczył sobie wizytówki, na której obok danych kontaktowych upchnę strzelający karabin maszynowy, a na powierzchni wizytówki będą wgłębienia po kulach. Naszkicował nawet wszystko na serwetce, kiedy siedział w pubie, i wysłał mi zdjęcie telefonem, więc było mi dużo łatwiej to zaprojektować. Bardzo mu się spodobał efekt końcowy.

Koło zębate napędzające maszynę.
Koło zębate napędzające maszynę.

Usterka
Niedawno Mateusz usłyszał podczas pracy potężny huk.
– Miałem wrażenie, że na podłogę runęło przynajmniej pięć kilo. Byłem przerażony. Coś się zepsuło, a ja miałem mnóstwo zamówień.
– Co zrobiłeś?
– No jak to co? Zadzwoniłem do ojca!
Okazało się, że część, która była odpowiedzialna za przesuwanie talerza farbowego, pękła na pół. Nikt nie wiedział, jak to zespawać, bo talerz był wykonany z nietypowego rodzaju stopu sprzed kilkudziesięciu lat, którego obecnie nikt nie używa.
– Poratował mnie kolega, który składa rowery. Skontaktował mnie ze swoim spawaczem. Przychodzę do niego do garażu, a tam smaru po kostki, nie ma światła. Pytam, czy może mi pomóc, a on akurat je kanapkę z mortadelą i mówi, że na razie jest zajęty jedzeniem, a w ogóle to właściwie już go nie ma, bo skończył pracę. Ale udało mi się go namówić. Od razu wiedział, jaki to stop. Pomógł.

Ręce
Pytam, czy praca na maszynie letterpressowej jest niebezpieczna.
– W cholerę i jeszcze trochę. Przede wszystkim narażone są ręce. Musisz włożyć papier i nacisnąć pedał lub obrócić korbę, co powoduje zamknięcie szczeliny z siłą kilku ton. Łatwo się zagapić i zostawić rękę w otworze. Drukarza typograficznego można czasem rozpoznać po zabandażowanych koniuszkach palców.
– Zdarza ci się być o włos od wypadku?
– Teraz już nie. Trzymam się zasady, że nie pracuję, kiedy jestem zmęczony. Poznajesz to po tym, że masz taki chwilowy moment zaśnięcia, jakby narkolepsja. Zapominasz, jaki robisz kolor, dla którego klienta, czy to pierwsza wizytówka, czy dwusetna, która jest godzina. Wtedy kończę pracę. Klawiatura w macintoshu ci ręki nie urąbie, kiedy popełnisz błąd. A z letterpressem nie ma żartów.

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Zobacz też

Najnowsze