Rooftopping

Zdjęcie przedstawia nogi zwisające kilkaset metrów nad ulicami wielkiego miasta. Nogi należą do fotografa. Oczy – do wszystkich nas patrzących wzrokiem jego obiektywu.

Takie zdjęcia są o doświadczaniu kontroli. Miasto widziane z dystansu wydaje się do ogarnięcia, omiatanie go wzrokiem sprzyja zrozumieniu. Szukanie punktów oparcia dla aparatu jest poszukiwaniem nowych sposobów pojmowania miejskiego fenomenu. Świat znów jawi się jako anatomiczny atlas widoków, śródmieście przypomina safari, a aparat strzelbę. I to w chwili, w której wydawać by się mogło, że podobne metafory z książek Susan Sontag nieco się już wytarły. Zdjęcia nie są przekombinowane. Zaskakują raczej kadrem, kątem, umożliwiają nowe spojrzenie.

Fotograf, który w tym roku pierwszy wspiął się na Burj Khalifa i wymierzył obiektyw prosto w dół, przypomina swoich kolegów, którzy w pierwszych numerach „National Geographic” po raz pierwszy fotografowali kobietę z brodą albo wodospad Niagara. Chodząc na co dzień pomiędzy wysokimi budynkami, skazani jesteśmy na wąską perspektywę, która odbija się od kolejnych ścian. Wejście wyżej omija ten ping-pong, daje oddech i horyzont. Nikt nie patrzy jednak w niebo, chodzi raczej o zawrót głowy wywołany patrzeniem na to, co na dole. O zachwyt miastem, które, z tej perspektywy, zdaje się organizmem, systemem z wyraźnie kreślonymi ulicami, sekcjami, rytmem. Można zobaczyć, jak ten organizm budzi się, jak się w ciągu dnia z boku na bok przewraca, w końcu – jak powoli zasypia, gasząc po kolei tysiące szklanych ślepi. Można śledzić ruch samochodowych i ludzkich krwinek. Być ponad tym wszystkim i czerpać satysfakcję z zajmowania tej pozycji. Tyle mogę, ile widzę. Niektórzy rooftopperzy udają nietoperze i rozpinają sobie na wysokości hamaki. Przyjemnie pochrapać snem demiurga.

Zrzut ekranu 2013-12-11 (godz. 10.41.42)

W fenomenie rooftoppingu dopatrzeć się można, po pierwsze, poszukiwania odwiecznego prawa człowieka do włażenia tak wysoko, jak tylko się da, po drugie – pewnego rodzaju pracy misyjnej polegającej na udostępnieniu imponujących pejzaży wszystkim zainteresowanym. Jeszcze dziesięć lat temu w mieście, w którym mieszkam, były przynajmniej dwa punkty widokowe. Dzisiaj żaden nie jest już otwarty dla publiczności. Miasto jest skromniejsze, budynki ma niższe, a grzecznemu balkonowi daleko do dachu, z którego skorzystałby szanujący się rooftopper. Dostęp do widoku powinien być chroniony konwencjami, jak ten do powietrza, wody czy drogi dojazdowej z posesji. Ktoś chce go zarezerwować jedynie dla bogatych pracowników korporacji czy właścicieli podniebnych apartamentów? Może się okazać, że ktoś inny udostępni go za darmo, w sieci, grając po drodze na nosie ochronie czy służbom państwowym. Zdjęcia, które będą tego efektem, przypominają sceny z komiksu. Bohater na dachu medytuje sam. Z rzadka bywa jednak anonimowy. Wyraźny skrót perspektywiczny sprawia, że łatwo nam się wpisać w zdjęcie, ale zarazem podkreśla obecność fotografa, w którym zbiegają się ramiona perspektywy. Nie bez powodu popularność takich praktyk przypada na czasy triumfu mediów społecznościowych. Gdyby Ikar wylatywał dzisiaj, pewnie zadbałby o kask z funkcją wideotransmisji na żywo. Choć samo medium się zbanalizowało, fotograf znowu może błyszczeć. Dowodzi swojego sprytu, odwagi i opanowania. Ręka nie może drgnąć przy długich czasach ekspozycji. Cierpi za miliony oczu, na oczach milionów. Ostatnio ktoś, fotografując z dachu, wpadł do komina. Przeżył upadek, ale śmiertelnie ugrzązł, a konając w mękach, zdążył napisać SMS-a z prośbą o pomoc. Straszna cena. Wykorzystywana teraz jako malowniczy, mitologiczny symbol poświęcenia.

Wspinanie się na dachy budynków, żeby z ich wysokości fotografować miasta majaczące pod spodem, można nazwać współczesną zajawką. W rzeczywistości nawiązuje to jednak do fotografii sprzed stu lat, kiedy to aparaty podsycały miłość do miasta, obwieszczały triumf rozumu i sugerowały, że życie to niespodzianka, którą pomogą rozpakować.

Rooftopping to również rodzaj sportu ekstremalnego. Pogoń za wynikami staje się w nim pretekstem do przeżyć cielesnych. Aparat działa tutaj jak gruczoł, który uwalnia hormony. Specyfika takiego fotografowania polega na tym, że ważne są w nim także doznania pozawzrokowe. Idę o zakład, że przynajmniej część z rooftopperów przynajmniej w tym samym stopniu co widokiem interesuje się tym, co odczuwają w mięśniach, czy mają ściśnięty żołądek, płytki oddech, czy czują strach. To po reakcjach własnych trzewi, funkcjonujących jak żyroskop, poznają, czy weszli wystarczająco wysoko, czy właściwie stoją lub odchylają się dostatecznie daleko od budynku. Tym sposobem aparat, a więc metafora rozumu, staje się narzędziem poszukiwania wrażeń zmysłowych, somatycznych, które bardziej przypominają praktyki szamanistyczne niż chłodną i obiektywną obserwację. Szukanie dobrego zdjęcia równa się tu w końcu poszukiwaniu ekstazy. Być może na tym właśnie polega zresztą największy z paradoksów rooftoppingu, który jest jednocześnie najpoważniejszym źródłem jego atrakcyjności. Ważne jest w nim wprawdzie odkrywanie tajemnic w tym, co nieopodal i ponad głowami. Ale istotna jest też możliwość upowszechniania widoku, która przy okazji karmi ego fotografa statusem gwiazdy Facebooka. Najbardziej uwodzi jednak w rooftoppingu to, że w czasach, które kojarzą się z triumfem oka, przy użyciu sprzętu pracującego z naukową precyzją, umożliwia pościg za doznaniami parareligijnymi. Że – koniec końców – polega on na cielesnej euforii.

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Najnowsze