Sonosfera

Wojtek Urbański – kompozytor i sound designer. Właściciel studia Sound Boom odpowiedzialnego za tworzenie identyfikacji dźwiękowej m.in. dla kanałów platformy N, Red's, Maxwell House, gal KTR. Jego muzykę można było usłyszeć podczas pokazów mody (m.in. New York Fashion Week, Polish Fashion Week), a dźwięk w słuchowiskach radiowych (m.in. „Gra o Tron”, „Blade Runner” czy najnowsze „Karaluchy”). Nam opowiada o oddziaływaniu dźwięków na ludzką percepcję, publicznej sonosferze i nieustannych wyzwaniach.

Przed spotkaniem z tobą moi mali sąsiedzi urządzili mi koncert na flety. Wracają ze szkoły i mniej więcej w tym samym momencie ćwiczą grę, wydając dźwięki trudne do zniesienia. Też tak zaczynałeś?
Nienawidziłem szkolnych lekcji muzyki. Nie mam nic przeciwko fletom, to też może być ciekawy instrument, ale polska szkoła skutecznie do niego zniechęca. Wiadomo, kiedy dzieci uczą się grać, to jest straszne. Pamiętam swoją edukację i myślę, że to cud, że zostałem muzykiem. Nienawidziłem tych lekcji. Od lat zmniejsza się ilość muzyki w szkołach. Ja miałem ją raz w tygodniu, teraz jest co dwa tygodnie, na przemian z lekcjami sztuki. Kładzie się nacisk na matematykę, fizykę, biologię, zapominając, że muzyka jest taką samą dziedziną wiedzy, dającą równie fajne perspektywy na życie, pracę. Potem w dorosłym życiu dostrzegamy swoje braki i wytykamy rodzicom – czemu ja nie umiem grać na niczym, a całą podstawówkę wkładano mi do głowy rzeczy, z których nie korzystam? W Polsce jest straszna dysproporcja między tym, jak wybitnych i znanych na świecie muzyków mamy, a tym, jak wygląda ogólna świadomość i wiedza muzyczna Polaków. Jeśli przy takich zaniedbaniach edukacyjnych mamy tyle fantastycznie odnajdujących się w branży muzycznej osób, co stałoby się, gdyby rzeczywiście postawić większy nacisk na nauczanie muzyki? Potraktować temat tak poważnie, jak traktuje się kształcenie naukowców. Myślę, że więcej ludzi kojarzy, co to całki i jamochłony, niż rozpoznaje półnutę. Jak o to zapytasz, ludzie odpowiadają, że „na muzyce to ja się w ogóle nie znam, słoń mi na ucho nadepnął”…

Jednak, sprawdzając słuch publiczności podczas swojego wystąpienia na konferencji TEDxWarsaw, wyszło ci, że nie jest tak źle.
To był taki symboliczny test, bo nie było warunków na zrobienie prawdziwego audiometru. Chciałem jednak przypomnieć ludziom, że mają uszy – narząd bardzo wrażliwy, oferujący ogromne spektrum wrażeń. Wydaje mi się, że to ostatni zmysł, o jakim myślimy, o jaki dbamy. Często badamy wzrok, słuch bardzo rzadko. Ludzie nie wiedzą, czy dobrze słyszą.

_MG_2026 2

Wzrok sprawdzasz przy każdym badaniu okresowym. Łatwo też wychwycić, że coś gorzej widzisz. Uszkodzenia słuchu następują często powoli i ciężko stwierdzić, czy kilka lat temu słyszałeś inaczej.
Tak. Nawet mając poważny ubytek słuchu, możesz tego nie dostrzec. Dopóki nie wpływa to na rejestr, w którym rozumiesz słowa, tylko obcina ci bardzo niskie czy wysokie częstotliwości, myślisz, że właśnie tak jest skonstruowany dźwiękowy świat. Ja też byłem tego ofiarą, jako młody perkusista grałem bez żadnego zabezpieczenia i bez świadomości, jak wielką krzywdę mogę sobie tym wyrządzić. Wszyscy teraz chodzą w słuchawkach od najmłodszych lat, a słuchawki potrafią wygenerować więcej dźwięku, niż wynosi granica bólu. To absurdalne, ale w taki sposób są produkowane. Designer im większą paletę ma do wyboru, tym lepsze rzeczy może robić. To mnie jakoś poraziło – co za straszne życie mnie czeka, jeśli nie będę mógł dbać o częstotliwości powyżej 16000Hz. (śmiech) A co z resztą? Ktoś będzie musiał pracować za mnie? Lubię dbać o każdą częstotliwość, w której pracuję.

Co dzień dostajemy mnóstwo komunikatów dźwiękowych. Znieczulamy uszy. Słyszymy, ale nie słuchamy.

Dużo mówi się o miejskim bałaganie wizualnym, wszechobecnych reklamach, a zupełnie pomija się chaos w publicznej sferze dźwiękowej.
Dźwięk jest zawsze na szarym końcu zainteresowań, np. przy produkcjach filmowych dba się o stronę wizualną, scenografię, oświetlenie, a dźwięk pozostawia przypadkowi. Kilka razy w tygodniu dostaję mejle z prośbą o uratowanie czyjejś pracy. Jest piękny obraz, a dźwięk ledwo słyszalny. Nagminnie nagrywa się dźwięk na mikrofony w aparatach. Niestety, potem to jest nie do uratowania. Można coś odszumić, ale jeśli dźwięk się nie zarejestrował, jest nie do odtworzenia. Nawet budynki projektuje się, nie myśląc, jak będą rozchodziły się w nich odgłosy. Domy, mieszkania wykonywane są z materiałów, które powodują, że słychać oddech sąsiada za ścianą. Architekci powinni współpracować z akustykami. Wybierając przestrzeń do życia, musisz wiedzieć, czy będzie tam cicho, czy głośno, czy będziesz słyszał hałas z ulicy. To samo w sferze publicznej – mamy np. warszawskie metro, którego stacje wyłożone są kafelkami podbijającymi dźwięk. Miasto powinno mieć specjalistów od dźwięku dbających o to, by jego mieszkańcy odczuwali komfort także od tej strony. Uszy nie mają swojej powieki, jak oko. Pracują nieustannie. Dla oczu robimy wiele, dla uszu nieporównywalnie mniej. Julian Treasure, który jest specjalistą od tej problematyki, podczas swojej konferencji mówił o badaniach dowodzących, że wyniki w nauce zależą od ławki, w której siedzisz. Im dalej od głosu nauczyciela, tym gorzej. Co więcej, sfera akustyczna wpływa na zdrowie, więc powinna być również priorytetem szpitali.

_MG_2010

Polskie szpitale w większości wyglądają koszmarnie. Trudno wymagać, by ktoś zajmował się w nich sprawami dźwięku.
No właśnie. Bo myślimy obrazem. A pacjent może czuć się dobrze nawet w brzydkiej sali, jeśli sfera dźwiękowa sprawi, że poczuje się przytulnie, miękko. Ja, na własny użytek, wyobrażam sobie sonosferę jako wodę wypełniającą basen. Pływamy w niej non stop, bez względu na to, czy jest brudna, zimna, czy gorąca, gęsta. Po pewnym czasie przyzwyczajasz się, ale to, w czym pływasz, wciąż ma na ciebie wpływ. Teraz, kiedy zdarza mi się pracować przez 15 godzin, wychodzę z domu z tak uwrażliwionymi uszami, że wszystko dociera do mnie jeszcze mocniej. Rozmawiamy, a ja słyszę i ciebie, i każdy samochód, psy, ludzi w środku. Kiedy przejeżdża pociąg, muszę zatkać uszy. Pociągi to ogromny generator hałasu. Ale znów, ludzie przywykli. Śmieci na ulicy ich wkurzają, ale śmieciowe dźwięki już nie. Żyjemy w strasznie głośnych czasach. Wszystko się uprzemysławia, więc stały poziom szumu rośnie. Cały czas, szczególnie w pobliżu miast, można odnotować takie jednostajne buczenie, rejestrowalne dla mikrofonów. Co dzień dostajemy mnóstwo komunikatów dźwiękowych, gra radio itp. Znieczulamy uszy. Słyszymy, ale nie słuchamy.  Ja pracuję uszami. Jestem na te kwestie wyczulony. Przez słuch wkładam do głowy najwięcej rzeczy. Na TED wyszło, że ten hałas bardzo mnie frustruje, ale moim celem było raczej to, by przypomnieć ludziom, że mają uszy. Banalne, ale – jak widać – potrzebne.

Uszy pracują nieustannie. Dla oczu robimy wiele, dla uszu nieporównywalnie mniej. A żyjemy w głośnych czasach, wszystko się uprzemysławia, stały poziom szumu rośnie.

Zajmujesz się, między innymi, produkcją dźwięków na potrzeby reklamy. Też jesteś odpowiedzialny za ten hałas. Jak to, o czym mówiliśmy przed chwilą, godzisz z pracą zawodową?
Przeszedłem do reklamy z drugiej strony barykady. Z muzyka odnoszącego sukcesy na polu artystycznym stałem się producentem muzyki na potrzeby komercyjne. Ta zmiana jawiła mi się jako wartość, nie degradacja. To praca, w której dźwięk pracuje na to, by zachęcić do kupna –produktu, idei. Jest językiem komunikacji. To było dla mnie wyzwanie. Czy można mówić o etyce… Pytanie, czy marketing może być etyczny? Wiesz, nie zmienię świata, ale mogę to, co robię, wykonywać dobrze, rzetelnie. Podchodzę do tematu innowacyjnie. To może nieskromne, ale jestem jednym z niewielu producentów, który myśli inaczej o muzyce w służbie reklamy. To nigdy nie jest dla mnie tło, tylko jedna z warstw, na której można się porozumieć. Chcę, by to, co robię, było takim przemyślanym alfabetem. Mamy dość dobrze opanowaną komunikację wizualną, pora na komunikację dźwiękową. To właśnie ta sfera, którą ja się zajmuję. Nie chcę robić fajnej muzyczki czy jingli. Czuję, że audio branding, bo tak nazywa się ta specjalizacja, to tak samo skomplikowana i pasjonująca rzecz jak tworzenie identyfikacji wizualnej.

Twoja praca jest bardzo zbieżna z pracą designera. Nawet język jest tu podobny, mówimy o barwie dźwięku, fakturze, emocjach. Myślisz o czasie, konkretnych miejscach, sytuacjach, w których użyty będzie dźwięk?
Komponowanie w audio brandingu pojawia się na samym końcu. Wcześniej jest planowanie, wymyślanie koncepcji, poznawanie produktu, idei, zgranie wszystkiego z częścią wizualną. Powstaje idea, a potem sposób, w jaki dźwięk ją najlepiej przekaże, dopełni. Myślisz, czy ten dźwięk ma być przyjemny, miły, dla każdego, na co dzień, przystępny. Szukasz barwy, brzmienia, unikatowości. Dopiero na końcu siadasz do klawiatury i układasz melodię. W swojej pracy artystycznej robiłem muzykę emocjonalnie, trochę bezmyślnie. Podobała mi się lub nie – to było kryterium. Audio branding to praca intelektualna, wszystko tu musi być przemyślane, zracjonalizowane. Siadam do kartki, nie do pięciolinii. Zapisuję cele firmy, cele kampanii, robię mood board, dopiero wtedy zaczynam coś w głowie słyszeć. Nie znaczy to, że chcę przestać robić muzykę, która wyraża moje własne uczucia, ale czuję, że to, co robię obecnie w pracy zawodowej, ogromnie mnie rozwija. Szczególnie, że Polska jest potężnym rynkiem dla tego typu działań. Mamy tyle rzeczy do udźwiękowienia i mało która firma ma spójną i dobrą identyfikację dźwiękową. Mnóstwo przestrzeni do zagospodarowania. Zahałasowania. (śmiech) Myślę, że to się nie kłóci z etyką i dbaniem o audiosferę, pod warunkiem że robisz to uczciwie, profesjonalnie, z głową.

Masz jakąś rzecz, którą z chęcią byś udźwiękowił?
Sporo rzeczy. Stadion Narodowy, to by było wyzwanie. Jest tak wiele problemów w postrzeganiu tego obiektu. Kojarzy się głównie ze sportem, wpadkami, aferami. Budzi kontrowersje. Fajnie by było popracować nad czymś takim. Szczególnie że dźwięk daje czasem szybsze rezultaty niż obrazki i inne PR-owe działania. Mógłbym napisać stadionową piosenkę. (śmiech)

Czy tę wiedzę i większą uważność, którą teraz zdobywasz, będziesz kiedyś wykorzystywał także w swojej artystycznej pracy?
No właśnie. Ja nazywam dotychczasowe artystyczne kompozycje bezmyślnymi, choć to nie jest pejoratywne określenie. Bezmyślność w moim pojmowaniu ma też swoją wartość, bo komunikuje rodzaj pierwotnej energii. Stan, kiedy robisz coś, bo tak czujesz. Być może następnym moim krokiem w dojrzałość muzyczną będzie korzystanie z narzędzi, które opanowałem, po to, by jeszcze więcej komunikować, dawać więcej wrażeń. Po to uczę się tego języka dźwięków, by używać ich coraz bardziej świadomie. Na razie trochę odpuściłem własne działania.

Świat audio brandingu cię wciąga? Jego możliwości techniczne, kreacyjne, ludzie, z którymi pracujesz?
Wszystko, co nie jest wyzwaniem, szybko mnie nudzi, a ten świat stawia ich wiele. Dlatego nie poszedłem w stronę jingli, tylko oddałem się służbie marketingowi – który ma konkretne oczekiwania i zadania, którym muszę sprostać. Spełniam się też w sferze publicznej, blisko tkanki miejskiej. To nieustanny progres. Uczę się, na co ludzie reagują, jak mogę wywoływać w nich emocje. Poza tym motywuje mnie to, że mogę być w czymś pionierem. Widzę, że wśród ludzi w branży nie ma jeszcze takiego podejścia do audio brandingu, jakie mam ja. Osoby, z którymi pracuję, dostrzegają moje podejście, zaangażowanie.

Powiedz coś o przebiegu takiej współpracy. Jak wygląda proces komunikowania się z potencjalnymi klientami?
Lubię firmy, które traktują mnie poważnie i mają wobec mnie duże oczekiwania. Zdają sobie sprawę, że przy świetnie zagospodarowanej sferze graficznej dźwięk musi być równie dobry. Myślą: „mamy już super wizual, ale jest jeszcze tyle miejsca na komunikowanie naszych idei w inny sposób”. Wtedy odzywają się do mnie. Problem we współpracy to na pewno brak języka, którym można przekazać swoją wizję. Tak jak przez lata nawet przeciętny menedżer małej firmy wypracował sobie słownictwo dotyczące grafiki, tak o dźwiękach wciąż niewielu umie rozmawiać. Ciężko jest opisać dźwięk. Często pracuję z MAMA STUDIO i z nimi udało się stworzyć wspólny alfabet. Tam jest młody zespół ze świadomością, że wszystkiego nie zrobią sami, bo ich specjalnością są obrazy. Oni dźwięk traktują jako potencjał dla identyfikacji, nie tło dla nich. Możesz zrobić wszystko, by reklama dotknęła emocji pięknym obrazkiem, ale jak dobierzesz do tego dobre dźwięki, to nikt nie pozostanie obojętny.

Co do tej pory sprawiło ci największą trudność? Z czego jesteś dumny?
Jestem dumny, kiedy mogę wykorzystać pełne spektrum umiejętności, swoje innowacyjne podejście. Kiedy prosi się mnie o przygotowanie pełnej dźwiękowej koncepcji, traktuje jak partnera. Kiedy dostaję brief, specyfikację grupy docelowej, cele i odpowiadam na to dźwiękiem, który działa. To jest radość ze spełnienia oczekiwań, przełożenia idei na muzykę. Powiem ci jeszcze coś. Pamiętam głos każdej osoby, którą spotkałem w swoim życiu. Czasem się tym bawię, bo potrafię każdym z tych głosów mówić w swojej głowie, zachowując intonację, energię tych ludzi. Na przykład na maturze pisałem pracę, mówiąc ją sobie głosem mojej polonistki, jej sformułowaniami. (śmiech) Mam w głowie taką bazę, magazyn dźwięków. Wydaje mi się, że całą muzykę tworzę nie poprzez wymyślanie, tylko poprzez sięganie do tej biblioteki w głowie. Mam świetną pamięć dźwiękową. To mój atut. To także klucz do tego, dlaczego zająłem się audio brandingiem. Trzeba być wszechstronnym i robić rzeczy w różnych stylistykach. Umieć obsłużyć galę bokserską i kościelną uroczystość. Ja zrobię i techno, i muzykę rockową, bo mam te dźwięki w sobie, ich fakturę. Ale staram się też próbować zrobić rzeczy, których nigdy nie usłyszałem, to jest takie ściganie się z własną pamięcią. Może to właśnie będzie ścieżka mojej pracy artystycznej.

_MG_1991

Twoja firma zajmuje się identyfikacją dźwiękową, ale prócz tego robisz też inne rzeczy. Ostatnio odpowiadasz za dźwięk w bardzo specyficznych audiobookach.
Słuchowiska to druga sfera mojej działalności. Mała nisza, która raz na pół roku zabiera mi miesiąc z życia. Tu działam już bez obrazków, tylko na moim środowisku. Zająłem się tym przez przypadek, robiąc logo dla firmy produkującej audiobooki, zostałem poproszony o pomoc przy robieniu dźwięku do kilku rozdziałów tzw. superprodukcji, czyli takiego dość rozbudowanego audiobooka. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, ale jak wspomniałem, lubię wyzwania. To zupełnie inna praca, mniej muzyczna. Projektujesz szmery, odgłosy – wszystko po to, by stworzyć wrażenie konkretnej przestrzeni, w której rozgrywa się akcja. Za pierwszym razem („Gra o tron” – przyp. red.) wkręciłem się tak mocno i tak mi się to spodobało, że kolejny projekt, od strony dźwiękowej, robiłem już samodzielnie, produkując i reżyserując sferę audio. Masz pewien rytm książki, narratora – moja energia kompozytorska się tu sprawdza, bo komponuję efekty dźwiękowe jak muzykę. Wiem, że po mocnym uderzeniu warto odczekać parę taktów, zdań, zanim dam drugie. Że cisza i pauzy budują napięcie. Postrzegam całość jak utwór muzyczny i tak to układam. Wierzę, że ludzie potrzebują piękna, jakie jest w muzyce, w każdej sferze.

To będzie tylko poboczna działalność?
Oddzieliłem od swojej firmy taki mały twór z przedrostkiem „fx” który dedykuję efektom dźwiękowym, przy audiobookach czy filmach. Zanotowałem skromną, ale ciekawą współpracę przy nowym filmie Krzysztofa Krauzego, to taki mały kroczek w nowym kierunku. Wiele osób pyta, czemu to rozgraniczam, nie robię tego pod jedną marką. Dla mnie różnica w tych projektach leży w sposobie myślenia. W przypadku identyfikacji dźwiękowej muzyka wchodzi na końcu, po opracowaniu koncepcji. Inny jest mechanizm tworzenia. W przypadku efektów specjalnych nie ma tej filozofii, skupiam się na tworzeniu nastroju. Jest to bliższe mojej emocjonalności. Choć obie kończą się wysłaniem pliku dźwiękowego do klienta.

Wprowadzacie nową jakość audiobooków. To już nie słynni aktorzy czytający książki. Bliżej im do filmów, tyle że bez obrazu.
Mamy świat, który stawia na multimedialność, im więcej zmysłów możesz zainfekować, tym lepiej. My, trochę na przekór, ograniczamy to, angażując jedynie słuch. Wydawać by się mogło, że to spalony pomysł, w czasie gdy obejrzenie filmu w 3D z turbodźwiękiem, a nawet zapachem czy temperaturą zmienianą według obrazu, nie stanowi problemu. Poza stałymi słuchaczami tego typu produkcji, do których i tak trafimy, szukamy ludzi, którzy znajdą wartość w zminimalizowaniu tych kanałów, doceniając przestrzeń do uruchomienia wyobraźni. Znajdą przyjemność w daniu sobie mniejszej ilości bodźców z zewnątrz, a wygenerowaniu ich reszty z siebie. Ja, tworząc dźwięk, również używam swojej głowy do wykreowania świata wizualnego, twarzy, ulic, wnętrz. Sprawdzam na sobie, jak to działa. Moją drugą realizacją był „Blade Runner”, gdzie byłem autorem całego udźwiękowienia. Przed kilkoma dniami premierę miał thriller „Karaluchy” Jo Nesbø, w którym odpowiadam za cały finalny dźwięk. Ciekawa jest relacja między reżyserem audiobooka a reżyserem dźwięku. Jeden jest bliżej tekstu, idei całości, drugi ma narzędzia, by to zrobić. Jeden mówi, czyj pomnik ma stanąć, gdzie i po co, a drugi ma dłuto, nadaje gest, ostateczny charakter. Pola kompetencji się nakładają, prowadząc do ciekawych dyskusji i twórczych spięć.

Po dźwięki do ostatniej produkcji wybraliście się do Bangkoku, miasta, w którym rozgrywa się akcja książki. Czujesz zasadność takich wypraw?
Jako profesjonalista uważam, że wszystko potrafię zrobić w studiu. (śmiech) Science fiction robiliśmy w domu, bo nie było jak zorganizować takiej wyprawy, więc i to by się udało. Na pewno dzięki podróży do Bangkoku mamy pewną autentyczność. Chodzi też o specyficzne doznania, walor ekskluzywności. Tak jak z drogim winem, którego picie wiąże się z wrażeniem uczestniczenia w czymś szczególnym. Wiadomo, że mogłem te efekty zrobić w domu, ale dla wielu osób ważne będzie to, że wyruszyliśmy w podróż i przywieźliśmy prawdziwy Bangkok na ich słuchawki. To taki ukłon w stronę słuchaczy.

Obsady tych audiobooków to czołówka polskiego aktorstwa. Myślisz, że im też sprawia przyjemność skupianie się tylko na jednym zmyśle – słuchu?
Szyc, Linda, Trela, Simlat, Cielecka – to rzeczywiście niesamowita ekipa. Też byłem ciekaw, czemu decydują się na taką degradację, ogołocenie z narzędzi, którymi na co dzień się posługują, krok w tył. Znowu dochodzimy do wyzwań – dla nich to podniesienie poprzeczki, zostać tylko głosem. Wtedy zapominasz o tym, kto jest atrakcyjny, kto nie, jaki ma się wizerunek. To wymaga innego podejścia, innych starań. Samo tworzenie słuchowisk, mniejsza ekipa, krótszy czas realizacji, ułatwia zgromadzenie świetnych nazwisk w jednym przedsięwzięciu. Poza tym, jeśli zostaje ci tylko głos, musisz wybrać najlepszy.

Prócz aktorów są też muzycy. Wojtek Mazolewski skomponował muzykę do tej produkcji. Jak to się ma do twojej pracy?
To się fajnie uzupełniło. Wojtek jest niesamowity. Wyjazd, rozmowy z nim to najlepsza rzecz, jaką przywiozłem z Bangkoku. Dał mi wiele dobrych rad. Właśnie ze względu na ludzi, na spotkania – muzyka to największa wartość w moim życiu.

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Najnowsze