Szkło potrzebuje czasu

Jak się robi kryształ? Żeby się dowiedzieć, jedziemy aż do Piechowic.

Zdobienie wykonuje się za pomocą diamentowej tarczy, którą nacina się szkło, a następnie wygładza.

Pani Agnieszka odziedziczyła katalogi po poprzednim właścicielu huty. Łatwo zauważyć, że dawniej wzory szlifów były gęstsze.

Opracowanie formy to pierwszy etap pracy nad produktem. Tokarz przygotowuje drewniane formy w oparciu o papierowy wzór przygotowany przez projektanta.

Opracowanie formy to pierwszy etap pracy nad produktem. Tokarz przygotowuje drewniane formy w oparciu o papierowy wzór przygotowany przez projektanta.

Wolne formowanie polega na nabraniu szkła z pieca za pomocą piszczela i szybkim nadaniu mu pożądanego kształtu.

Wolne formowanie polega na nabraniu szkła z pieca za pomocą piszczela i szybkim nadaniu mu pożądanego kształtu.

Wolne formowanie polega na nabraniu szkła z pieca za pomocą piszczela i szybkim nadaniu mu pożądanego kształtu.

Szkło na piszczeli szybko stygnie. Zmienia wtedy kolor z jaskrawopomarańczowego i staje się przezroczyste lub osiąga docelową barwę.

Szkło na piszczeli szybko stygnie. Zmienia wtedy kolor z jaskrawopomarańczowego i staje się przezroczyste lub osiąga docelową barwę.

Szajbowanie to proces wyrównywania szklanych wyrobów. Podczas szajbowania szlifuje się każdą krawędź przedmiotu za pomocą tarczy o grubym ziarnie.

Przed rozpoczęciem procesu zdobienia trzeba równo i w symetryczny sposób oznaczyć planowane sznyty na powierzchni przedmiotu. Służy do tego specjalna podkładka, która pomaga zachować odpowiednie proporcje. Po oznaczeniu przedmiot zdobi się za pomocą diamentowej tarczy.

Przed rozpoczęciem procesu zdobienia trzeba równo i w symetryczny sposób oznaczyć planowane sznyty na powierzchni przedmiotu. Służy do tego specjalna podkładka, która pomaga zachować odpowiednie proporcje. Po oznaczeniu przedmiot zdobi się za pomocą diamentowej tarczy.

Użycie kwasu fluorowodorowego znacznie przyśpieszyło proces polerowania szkła. Dawniej polerowano mechanicznie.

Produkty układa się w specjalnych pojemnikach, po czym zanurza się je w kwasie.

Wyprodukowanie jednego kieliszka ze szkła kryształowego zajmuje minimalnie tydzień.

Ultimate Responsive Image Slider Plugin Powered By Weblizar

Z czym kojarzy się kryształ? Ze starymi wzorami na kieliszkach, z babcinym kredensem, z kiczowatym szkłem. Coraz częściej kryształy dostępne są nawet w supermarketach, bo odkąd można je wytwarzać masowo na zautomatyzowanych liniach produkcyjnych, zmniejszyły się koszty produkcji.
– Kryształ też może być nowoczesny i może się stać elementem współczesnej zastawy stołowej. Cały proces tworzenia – od początkowego projektu do ostatniego szlifu – jest bardzo spójny. Zresztą, musicie to sami zobaczyć! – zapewnia nas entuzjastycznie Katarzyna Świętek, opowiadając o projekcie, który organizowała od kilku miesięcy. Jest wiosna 2015 r., a ona już zaprasza na premierę projektu, która odbędzie się w ramach Łódź Design Festival w październiku. Jesienią jedziemy do Łodzi. Zaraz po wejściu do pofabrycznych budynków przy ulicy Tymienieckiego, gdzie odbywa się festiwal, widzimy efekty projektu Polski stół. Na drewnianym blacie stoją kieliszki, pękate szklanki, stojaki na jajka – wszystko z kryształu, obok – kamionkowe talerze i porcelanowe miski zdobione kobaltowymi wzorami. Łączy je podobny, sześciokątny motyw obecny na każdym obiekcie.
– No i jak się wam podoba? – zagaduje Kasia, która od rana opowiada odwiedzającym o projekcie.
– Wszystko, co tu widzicie, to wynik współpracy trzech producentów z Dolnego Śląska: kryształy pochodzą z Huty Julia w Piechowicach, kamionka z Manufaktury w Bolesławcu, a ceramika to Kristoff. Razem stworzyli trzy zestawy stołowe: dwa śniadaniowe i jeden deserowy – tłumaczy dalej Kasia.

Szkło kryształowe zaczyna nas interesować coraz bardziej. Dzwonimy więc do Agnieszki Blachety, właścicielki Huty Julia, żeby dowiedzieć się, jak się robi kryształ, i dopytać, jak wyglądała praca nad projektem PolskisStół.
– To była ciekawa, ale ciężka praca. Począwszy od tego, że trudno było się spotkać i znaleźć termin, który wszystkim będzie pasował, a skończywszy na tym, że dzielisz się swoją wiedzą techniczną. Takie podejście do współpracy nie jest w Polsce popularne. Firmy zwykle niechętnie zdradzają swój know-how. My staraliśmy się być otwarci – odwiedzaliśmy się, poznawaliśmy linie produkcyjne, procesy i materiały, których każdy z nas używa – mówi przez telefon. – Przyjedźcie, to sami zobaczycie. Chętnie przyjmujemy gości, nawet mamy oprowadzanie dla turystów.

Mróz w hucie
Zimą jedziemy do Huty Julia w Piechowicach, które znajdują się między Szklarską Porębą a Karpaczem. Za Wrocławiem krajobraz się zmienia. Wyraźne wzniesienia mówią, że jesteśmy w Karkonoszach. Droga staje się węższa, a brązowe tabliczki kierują do licznych zabytków w okolicy. Jedna z nich wskazuje na Julię. Okazuje się, że huta znajduje się w samym centrum miasteczka.
– W regionie było dużo hut szkła, to niemiecka tradycja. Budowano je przy rzece, bo huty potrzebują wody, żeby produkować szkło. Stopniowo wokół nich tworzyły się osady i właśnie dlatego Huta Julia znajduje się w centrum miasteczka – tłumaczy Bartosz Browarny, który odpowiada za marketing i turystykę w Hucie Julia. – Dzisiaj zostały w tym rejonie dwie huty: my i Huta Violetta. To trudny czas dla kryształu – uzupełnia pani Agnieszka. – Ale my się nie zrażamy i mamy plan, żeby zmienić projekty, a wraz z tym komunikację z klientami, żeby wyprowadzić ten kryształ i pokazać go innym grupom. Powoli zaczyna się udawać. Ostatnio podczas śniadania prasowego w Food Art Gallery we Wrocławiu dostaliśmy duży zastrzyk energii. Ludzie zaczynają doceniać naszą pracę. Bo kryształ to jest magiczny produkt.
– Co się działo podczas tego śniadania?
– To kontynuacja działań w ramach Polskiego stołu. Podaliśmy jedzenie na naszej zastawie i przedstawiliśmy się – mówi pani Agnieszka. – Miałam tam prezentację. W przeddzień dzwonię do Kasi i czytam jej tekst wystąpienia, a ona mi na to: „Powiedz coś od siebie. To, co mówisz, każdy może przeczytać w internecie”. No to opowiedziałam, co czułam, jak wchodziłam do hal huty z tatą po raz pierwszy. Ojciec kupił zakład w stanie upadłości. Poprzedni właściciel doprowadził ją do ruiny, a tata zajmuje się sprzedażą szkła od ponad 20 lat i wiedział, że ta huta ma potencjał. Weszliśmy tam w 2006 r. To była zima, w śniegu wydeptane ścieżki. Wszędzie mróz, a w hucie powinno być przecież gorąco. Na miejscu były trzy osoby: syndyk, pan, który pilnował maszyn, i pani w magazynie.

Dzisiaj w hucie jest gorąco: piece działają nieprzerwanie, w zakładzie pracuje około 150 osób, bo niemal wszystko produkowane jest tradycyjnymi metodami – ręcznie. Produkty powstają głównie na zamówienie, a zdecydowana większość eksportowana jest za granicę. Choć są najlepszej jakości, często sprzedaje się je pod innymi markami – bardziej rozpoznawalnymi na świecie.
– Promocja naszej marki za granicą to ogromny wydatek. Nie stać nas teraz na to – przyznaje właścicielka.
– Ale mamy dużą satysfakcję, jak widzimy, że nasze kryształy dobrze się sprzedają. Dużo idzie na Bliski Wschód, do Stanów Zjednoczonych. Kiedyś realizowaliśmy spore zamówienie dla firmy kateringowej. Nie pytaliśmy, na jaką okazję, a potem patrzymy w gazetach na relacje ze ślubu brytyjskiej pary królewskiej, a tam nasze produkty – śmieje się pan Bartosz.
– Najlepiej, żebyście po prostu zobaczyli, jak to się robi, a jeśli hutnicy pozwolą, to może nawet sami coś zrobicie.

Taniec ośmiu hutników
Sebastian Pietkiewicz, projektant, wskazuje nam drzwi na końcu korytarza. Wchodzimy do pomieszczenia pełnego regałów, które uginają się pod opasłymi segregatorami.
– Odziedziczyliśmy dużo wzorów – mówi pan Sebastian. Mamy tutaj całą dokumentację huty prowadzoną od lat 50. Można łatwo zaobserwować, że dawniej wzory były gęstsze. Teraz odchodzi się od tego, bo zrobienie skomplikowanego wzoru zajmuje zbyt dużo czasu. I tak wokół jednego kieliszka potrafi tańczyć ośmiu hutników!
– Niektóre ze wzorów przerobiliśmy na koszulki – dodaje pan Bartosz. – Przyznam szczerze, że na szkle kryształowym taki wzór podoba mi się mniej, bo jest archaiczny. Ale na koszulce to co innego!
Praca nad produktem zaczyna się od projektu formy, który wykonuje pan Sebastian. Huta zatrudnia tokarza, który każdego wieczoru opracowuje jej kształt według wzoru. To po prostu próbka wycięta z grubszego papieru, na której zaznacza się dokładnie pożądane wymiary.
– Jak tokarz jest dobry, to zrobi formę dokładnie według wycinka, który mu przygotuję. Nasz jest tak doświadczony, że właściwie nie musi posługiwać się linijką – dodaje pan Sebastian.
Drewniana forma jest najtańsza i najszybsza w przygotowaniu – wprawnemu rzemieślnikowi jej przygotowanie zajmie godzinę, a jej koszt to około 20 zł. Drewno jest jednak stosunkowo łatwo podatne na odkształcenie, co oznacza, że drewniana forma szybko się zużyje.
– Kiedy mamy duże zlecenie na konkretny produkt, zamawiamy metalową formę. Kosztuje o wiele więcej, bo najprostsza forma tego typu to koszt około 2 tys. zł, ale praktycznie się nie zużywa – tłumaczy pan Sebastian.

Grawitacja jest nieubłagana
W Hucie Julia działają trzy piece: dwa gazowe i jeden elektryczny. Pracują bez przerwy, jedynym wyjątkiem jest moment wymiany ceramicznych donic, w których topi się szkło.
– W środku jest około 1200 stopni, więc musi się zużywać – mówi pan Bartosz. – Raz na kilka, kilkanaście miesięcy przyjeżdżają do huty specjaliści, którzy wymieniają donice.
– Nowa donica gotowa do instalacji stoi rozgrzana w innym piecu. Jeden podjeżdża wózkiem widłowym, ładuje donicę i pędzi do pieca, zanim wystygnie. Jeżeli ochłodzi się za bardzo, może pęknąć, więc wszystko musi się odbyć błyskawicznie. Masakra! Chłopaki prawie mdleją w tym ukropie! – opowiada pan Bartosz.
Piec elektryczny z odprężarkami zużywa miesięcznie prąd o wartości ok. 30 tys. zł.
– To i tak niewiele. Niektóre huty wyłożyły się na tym, że instalowały potężne piece, które mogły pomieścić bardzo dużo szkła. Kiedy rynek na szkło się skurczył, a klienci zaczęli zamawiać setki sztuk, a nie tysiące, jak wcześniej, niektórzy zbankrutowali. Bo utrzymanie dużego pieca kosztuje więcej. A my jesteśmy bardzo elastyczni – tłumaczy pan Sebastian i prowadzi nas na salę z piecami.
Termometr zwisający z sufitu pokazuje 35 st., więc pan Sebastian od razu radzi:
– Powieście sobie kurtki na wieszaku, tu nie będą wam potrzebne. I nie róbcie niespodziewanych ruchów, bo się poparzycie. Tutaj każdy hutnik dokładnie wie, jak porusza się jego kolega, i może przewidzieć jego następny krok.

Wypadki się rzadko zdarzają. Trudno w to uwierzyć, bo hutnicy ubrani w jaskrawopomarańczowe koszule flanelowe nieustannie mijają się na niewielkiej przestrzeni, trzymając tzw. piszczele (cienkie, około dwumetrowe tyczki), na końcach których żarzą się kule szkła. Ich ruchy przypominają taniec odbywający się według przemyślanej choreografii. Kiedy jeden nachyla się, żeby nabrać szkło na piszczel, drugi w tym samym czasie przechodzi za jego plecami, trzymając na swoim piszczelu gorący kawałek szkła, trzeci sięga po narzędzie, którym sprawnie operuje i błyskawicznie odkłada na miejsce tak, by mógł po nie sięgnąć kolejny.
– Wyobraźcie sobie, co się dzieje, kiedy któremuś zabierze się jego narzędzie albo, nie daj Boże, odłoży się w innym miejscu. Od razu awantura! – mówi pan Sebastian.
– Żeby być hutnikiem, trzeba po prostu to lubić. Jak się nie lubi, to lepiej być ekspedientem i sprzedawać masło – dodaje pan Bartosz. – W najgorszym wypadku machniesz się 2 zł w jedną czy w drugą, ale nie stoisz w ukropie przez osiem godzin. Z drugiej strony, praca hutnika jest prestiżowa. Nie bierzemy każdego. Tutaj niektóre rodziny pracują od pokoleń. Przychodzi do nas jeden człowiek, a potem brat, syn czy wnuk.

Świeżo zatrudniony hutnik przez pierwsze trzy miesiące uczy się, jak dmuchać szkło. Po prostu dostaje od kolegów starszych stażem piszczel i próbuje wydmuchać bańkę.
– Kluczem w tym wszystkim jest obracanie piszczela. Jak nie obracasz, to grawitacja jest nieubłagana. Wszystko leci na ziemię – tłumaczy pan Sebastian.

Wyszkolenie hutnika zajmuje około roku. Stwierdzamy, że to całkiem długo.
– Zaraz się przekonacie, że to skomplikowana sprawa – śmieje się pan Sebastian.
Chwilę później jeden z hutników, pan Zbyszek, zaprasza nas na podest w pobliżu pieca.
– To co, zrobimy coś? Proponuję kwiatka, są dość proste na początek.
Pan Zbyszek pomaga nam nabrać potrzebną ilość szkła. Podaje szczypce do formowania kształtu i pogania:
– No dalej, obracaj i formuj! Szkło nie czeka, jak ostygnie, to już nic nie zrobisz!
Zaraz potem koślawy kwiatek wędruje do pieca o niższej temperaturze, w którym będzie się studził – hutnicy mówią nam, że szkło się odpręża. Proces trwa kilka godzin i polega na studzeniu szkła, co stopniowo redukuje naprężenia wewnątrz masy.

Niczego nie przepuszczą
Szkło, które wychodzi z pieca, nie błyszczy się i jest szorstkie w dotyku.
– Teraz musimy to obrobić i wypolerować – mówi pani Agnieszka.
– Jak długo trwa cały proces?
– Kiedyś jeden ze specjalistów od strategii poprosił mnie, żebym wyliczyła, ile czasu zajmuje wyprodukowanie jednego kieliszka kryształowego. Wyszło mi, że tydzień to absolutne minimum. Ale przecież to wszystko produkujemy ręcznie, więc po prostu krócej się nie da – mówi pani Agnieszka.
Mijamy stanowisko, na którym panie zaznaczają flamastrami wady, które trzeba będzie poprawić.
– Co jest nie tak z tym? – pytamy, wskazując na zaznaczony fragment kieliszka.
– Trudno powiedzieć, trzeba się przyjrzeć bliżej – mówi pan Sebastian i bierze szklankę do ręki. – O, jest! To są te małe ryski.

Zarysowania są mikroskopijnej wielkości. Pan Sebastian, widząc nasze zdziwienie, dodaje z uśmiechem: – Nasze panie nie przepuszczą niczego!
Szkło trafia następnie do szajbowania, czyli szlifowania. Wykorzystuje się do tego gruboziarniste tarcze diamentowe, które piłują nierówności i ostrzejsze elementy. Po tym procesie produkt trafia do działu zdobienia, w którym najczęściej pracują kobiety. W tym miejscu spotykamy panią Jolę. Dostrzegamy, że niektóre krzesła przy stanowiskach są podpisane. To, przy którym stoimy, ma na oparciu napisane dużymi, drukowanymi literami „ELA”.

Pytamy panią Jolę, czy ona też ma swoje stałe stanowisko.
– Ja tam swoje podpisałam – odpowiada z uśmiechem.
Pani Jola pracuje w hucie od 34 lat.
– Zdobię szkło, a później wygładzam je na drobniejszej tarczy diamentowej. Tutaj mam taką podkładkę, która ułatwia rozrysowanie zdobień, żeby były regularne i równe. Zresztą ja zaraz pokażę.

Pani Jola odwraca się w stronę pana Sebastiana:
– Co tutaj chcesz? Sznyty długie, krótkie? Robię długie!
Pani Jola włącza maszynę. Diamentowa tarcza zaczyna się obracać, a z gumowego wężyka leci strumień wody, który ma ją chłodzić. Łapie miskę oburącz, przykłada ją do maszyny i opowiada, przekrzykując jazgot tarczy ślizgającej się po szkle:
– Nad jedną miską do owoców spędza się około 10 minut. Chyba że mamy coś większego, np. karafkę, to wtedy nawet dwa razy dłużej.
Nasz fotograf ledwo zdążył zrobić zdjęcie, a pani Jola kończy pracę nad owocarką.
Pan Sebastian prowadzi nas do polerowni chemicznej, w której szkło uzyskuje ostateczny błysk.
– Wcześniej, zanim wynaleziono tę metodę, wszystko robiło się ręcznie – każda żłobina i cięcie musiały być wypolerowane mechanicznie. Kwas fluorowodorowy znacznie przyśpieszył cały proces produkcji.
Pracownicy polerowni wkładają karafki różnej wielkości do specjalnych koszy, które umieszcza się w maszynach z mieszaniną kwasów. Po około trzydziestu minutach szkło jest błyszczące i wypolerowane.
– Od wieków wiele się nie zmieniło. No, od biedy można powiedzieć jeszcze, że kiedyś hutnicy zakładali na oczy szybki kobaltowe, żeby uchronić się przed jaskrawością we wnętrzu pieca, a teraz używają okularów z filtrem na podczerwień. Ale poza tym wszystko po staremu! – śmieje się pan Bartosz.
– Szkło to cztery żywioły: ziemia, bo podstawą surowca jest piasek. Powietrze, bo szkło trzeba po prostu dmuchać. W wodzie przebiega cały proces zdobienia, a bez ognia nie da się stworzyć i wypalić szklanej masy – tłumaczy pani Agnieszka.

Kryształ to wyzwanie
Na zakończenie wchodzimy do jednego z dwóch sklepów, które mieszczą się w budynkach huty.
– Czasem pytamy ludzi, gdzie kupują szkło. I słyszymy, że w Lidlu albo w sklepach Ikea. Nic dziwnego, że na pierwszy rzut oka nasze produkty wydają im się drogie – tłumaczy właścicielka.
– Ale potem, jak zobaczą cały proces produkcji, dziwią się często, że ceny są niskie, bo jak widzą, jak pan Zbyszek dopieszcza każdy kieliszek, to wydaje im się, że ręczna robota powinna kosztować znacznie więcej. A my musimy być przecież konkurencyjni wobec firm, które produkują automatycznie – mówi pan Sebastian.
– Nie ma co ukrywać, to ciężkie czasy dla kryształu. Koszty idą w górę, a my opieramy się na ręcznej pracy. Dlatego niektóre duże marki przeszły na proces automatycznej produkcji – dodaje pani Agnieszka. – Wtedy można projektować dużo i szybko produkować, ale my tak nie chcemy.
– Na razie na świecie nikt nie kupi naszych produktów tylko dlatego, że jesteśmy tradycyjną hutą szkła z Polski. Na rynku krajowym podpisujemy się własną nazwą, ale za granicą nie.

Polscy producenci, także z innych branż (np. meblarstwa), znani są z dobrej jakości produkcji, za którą jednak nie idzie równie silna marka. Produkują dla innych. Mało kto wie, że kupując ekskluzywne produkty sygnowane znaną etykietą, kupuje tak naprawdę produkt pochodzący z Polski. Właścicielka huty podjęła więc wyzwanie, które ma na celu edukację konsumentów. Dąży do tego, żeby Julia stała się rozpoznawalną marką, a potencjalni klienci zrozumieli, czym jest kryształ, jak się go robi i dlaczego kosztuje tyle, ile kosztuje. Do tego chce wprowadzać nowoczesne wzory uzupełniające tradycyjną ofertę i znajdować nowe miejsca sprzedaży.
– Chcemy ocalić kryształ i chcemy produkować rzeczy, które trafią na półkę w sklepie. Świadomość to podstawa.

Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Zobacz też

Najnowsze