Udźwiękowienie

Kuba Pietrzak wie, jak poruszać emocje za pomocą dźwięków. Na swoim koncie ma cztery nagrody KTR w kategorii dźwięk. Udźwiękowił nominowany do Oscara film „Katedra” Tomka Bagińskiego. W zimowy wieczór w studiu Juice opowiada, jak z morza dźwięków wyławia te, które chwytają za serce.

Na jakim etapie produkcji powstaje ścieżka dźwiękowa filmu?
Kuba Pietrzak: Większość pracy wykonuję w postprodukcji, ale bywam też angażowany nieco wcześniej, doradzając, jak przygotować produkcję, by postprodukcja była dużo łatwiejsza. Wyjątkiem są zdjęcia playbackowe, kiedy dźwięk jest przygotowany wcześniej i odtwarzany na planie filmowym. Po zdjęciach i zakończonym montażu otrzymuję warstwę wizualną, czyli zmontowany film, i materiały dźwiękowe, o ile takie są. Czyszczę je, koryguję, np. by dialogi były czytelne i zrozumiałe. Niekiedy nagrywam postsynchrony, czyli powtórne nagranie dialogów pod obraz w studiu. Takie nagrania mają miejsce, gdy oryginalny dźwięk z planu nie może być wykorzystany z powodów technicznych, np. dana scena odbywa się przy sztucznym wietrze i hałas uniemożliwia nagranie użytecznych dialogów. Czasem okazuje się, że osoba grająca w reklamie fajnie wygląda, interesująco się porusza, ale nie ma dobrego głosu. Wówczas angażujemy aktora, który użycza swojego głosu tej postaci. Zdarza się, że interpretacja z planu nie do końca satysfakcjonuje reżysera – wtedy zapraszamy aktora do ponownego nagrania. Inny aspekt to nagrywanie efektów synchronicznych pod obraz. Typowym przykładem jest realizacja kroków. Nagrywając je pod obraz, czyli chodząc w miejscu w odpowiednich butach i po właściwej powierzchni, osiąga się właściwy efekt szybko i precyzyjnie. Ważne są dźwięki związane z obecnością – siadanie, szelest ubrania – elementy uwiarygadniające sytuację. Kiedy mam już wyczyszczone dialogi, efekty synchroniczne, tła dźwiękowe, muzykę, mogę przystąpić do wybierania innych dźwięków, np. z biblioteki efektów dźwiękowych. Kiedy już je zmontuję, ułożę w konkretnych miejscach, przystępuję do miksu, czyli ustawiam ich głośność, przestrzenność. W ten sposób powstaje spójna forma dźwiękowa. Wszystko po to, by zaangażować emocje odbiorcy.

Który etap sprawia ci najwięcej przyjemności?
Moment, kiedy za pomocą dźwięków mogę wykreować rzeczywistość przedstawioną na ekranie. Ponieważ tworzę ją od początku, mogę nią manipulować, wpływając na emocje. Wyczekujący na leśnej polanie bohater przy śpiewie ptaków, lekkim wietrze być może doczeka się czegoś miłego. Zmiana siły wiatru, trzeszczenie konarów, dodanie niskobrzmiących niepokojących dźwięków da odwrotny efekt. Cała sceneria, wyłącznie z powodu udźwiękowienia jej w inny sposób, zyskuje zupełnie inny wyraz emocjonalny, choć w samej akcji nic się nie zmienia. Tworzę prawdopodobną rzeczywistość, nie zawsze tożsamą z tym, co dzieje się na planie, po to, by zaangażować widza emocjonalnie, sprawić, że uwierzy w to, co zobaczy. Kwestia zaangażowania odbiorcy, personifikacji szczególnie widoczna jest w przypadku animacji. Kiedy zaczynamy układać efekty dźwiękowe, postaci animowane ożywają, przestają być tworami zawieszonymi w wirtualnej przestrzeni. Jeżeli na płaszczyźnie dźwiękowej reagują z otoczeniem, a otoczenie z nimi, przestajemy postrzegać je jako wygenerowane kukiełki, a zaczynamy jako bohaterów mających własne emocje, równorzędnych żywym aktorom.

24

Nagrywasz dźwięk sam czy korzystasz z gotowych bibliotek?
W przypadku reklam często dostaję materiał rano, a po południu muszę już coś zaprezentować. W takiej sytuacji trudno wygospodarować godzinę na to, aby gdzieś pojechać i nagrać konkretny dźwięk. Jeśli tworzę dźwięk do dłuższej formy, wtedy mogę poszukać dźwięków poza studiem. Udźwiękawiałem produkcję, w której część akcji odbywała się na pustyni – potrzebowałem sugestywnych kroków po miękkim piachu. Okazało się, że nad Wisłą jest ogromna piaszczysta łacha. Wystarczyło przejechać 15 minut, by nagrać fantastyczne efekty dźwiękowe. Realizowałem też ciekawą produkcję dla piwa Dębowe. Autorzy projektu „Orkiestra stolarska” zapytali mnie, czy możliwe jest, by stolarze za pomocą swoich narzędzi wygrywali melodię. Podjąłem wyzwanie. Objeździłem różnego rodzaju tartaki, stolarnie, nagrywając wszelkie maszynerie i narzędzia. Nagrania przekształciłem tak, by dźwięki miały charakter tonalny. W ostatecznej formie wyszedł z tego walc Straussa „Nad pięknym modrym Dunajem”. Film został dobrze przyjęty, a ja otrzymałem za tę realizację nagrodę KTR w kategorii udźwiękowienie.

Kiedy zaczynamy układać efekty dźwiękowe, postaci animowane ożywają, przestają być tworami zawieszonymi w wirtualnej przestrzeni.

To przykład pracy, w której zaczynasz budować dźwięk, nim powstanie obraz.
Dokładnie. Cała forma muzyczna powstała przed zdjęciami. Aktorzy, muzycy z Opery Narodowej, mieli wykonać choreografię do dźwięku, który słyszeli na planie. Praca nad „Orkiestrą stolarską” to była tzw. preprodukcja, a zarazem przykład kolekcjonowania dźwięków. Niezależnie od projektów, jeśli coś mnie dźwiękowo zaintryguje, staram się to zarejestrować. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda.

Czasem dźwięki działają na emocje bardzo mocno. „Kinematograf” Tomka Bagińskiego jest niezwykle poruszający w warstwie dźwiękowej.
Autorem muzyki do tego projektu jest Adam Skorupa, bardzo zdolny kompozytor, świetnie piszący na orkiestrę. Ja dołożyłem swoje elementy, które spotęgowały to, co zrobił Adam. Pod względem dramaturgicznym ta historia jest świetnie przeprowadzona. Ten film był na short liście do Oscara, czyli w pierwszej dziesiątce. To dobry przykład na to, jak mocno dźwięk wpływa na emocje.

Jak wygląda twoja współpraca z klientami? Jak opowiada się dźwięk?
Po otrzymaniu montażu i materiału z planu spotykam się z twórcami projektu, mówię wtedy o swoich pomysłach, co warto wyeksponować, jakie zastosować rozwiązania. Twórcy także dzielą się ze mną swoimi spostrzeżeniami, oczekiwaniami. Z tych ustaleń tworzę wizję, do której później dążę w udźwiękowieniu. Często bywa tak, że dla różnych osób te same słowa znaczą coś innego. O kolorach można rozmawiać w znacznie bardziej precyzyjny sposób, kryteria dotyczące dźwięków, a zwłaszcza muzyki, są czysto wrażeniowe. Moją rolą jest precyzowanie. To rodzaj pracy zespołowej. Jesteśmy ekipą, która zebrała się wokół projektu, i wszyscy mają na celu jak najlepszą realizację, przy podziale na specjalizacje. Zdarza się, że padają prośby o zrobienie czegoś, co według mnie osłabi efekt – zawsze pokazuję, jak pewne decyzje mogą zaburzyć odbiór filmu.

Zdarzyło się, że twoje ostrzeżenia nie zostały wysłuchane?
Pomagam tak długo, jak klienci chcą mnie słuchać, korzystać z mojego doświadczenia, wiedzy, entuzjazmu, talentu. Kiedy widzę, że zaczynamy się rozmijać, naturalną reakcją jest pozwolenie osobom odpowiedzialnym za projekt na realizację ich koncepcji. Wizja nie musi być moja, ale jeśli klient prosi o wykonanie operacji, która jest błędem warsztatowym, wrażeniowym, artystycznym – uprzejmie i wielokroć przestrzegam. Kiedy konsekwentnie dostaję odpowiedź twierdzącą, pozostaje mi ulec. Staram się pamiętać, że bez względu na to, jak bardzo czuję się współtwórcą, głos decydujący należy do reżysera, w przypadku reklam także teamu kreatywnego i klienta. To jest charakter profesjonalnej relacji między ludźmi. Tak do tego podchodzę.

Masz kogoś, z kim najlepiej ci się pracuje?
Zrealizowałem wiele projektów, spotkałem wybitnych twórców. Bardzo się cieszę, że na mojej drodze artystycznej stanął Tomek Bagiński, z którym mam przyjemność współpracować do dziś. Nasze pierwsze spotkanie przy okazji „Katedry” zakończyło się nominacją filmu do Oscara. Było to niezwykle nobilitujące. Kolejne wspólne projekty też były blisko tej nagrody – „Sztuka spadania” i „Kinematograf” znalazły się na short liście. Za każdym razem były to dla mnie wyzwania – w filmach animowanych nie istnieje przecież dźwięk z planu, wszystko, co słyszymy, zostało wykreowane.

Cieszę się także ze współpracy z Kotem Przyborą i Iwo Zaniewskim. Uczyłem się od nich, w jaki sposób, w ramach krótkich form reklamowych, tworzyć rzeczy przejmujące. Poznaliśmy się w roku 1997, Iwo i Kot dosłownie kilka dni wcześniej odbierali nagrody, które zdobyli za kampanię reklamową Frugo. Gdy popatrzy się na ich dorobek, są tam kamienie milowe polskiej reklamy. Tym bardziej dumny jestem, że miałem okazję się do nich przyłożyć.

Kiedy zaczynałeś, sprzęt i możliwości techniczne były zupełnie inne. Czy rewolucja technologiczna miała duży wpływ na twoją pracę?
Rozwój technologii jedynie przyspieszył pewne procesy. Spowodował, że są one łatwiejsze do zrealizowania. Nie tylko narzędzia decydują o tym, czy ścieżka dźwiękowa będzie dobra, czy zła. Wpływają na to umiejętności i talent osób, które z tej technologii korzystają. To jest trochę tak jak z graniem na instrumencie – każdy muzyk musi posiadać wiedzę i właściwą technikę gry, ale to, czy jego gra będzie przejmująca, czy wzruszająca, zależy przede wszystkim od wrażliwości i talentu instrumentalisty.

Co sprawiło, że wybrałeś właśnie ten zawód?
Nie znalazłbym się na Wydziale Reżyserii Dźwięku na warszawskiej akademii muzycznej, gdyby nie moja wcześniejsza droga edukacyjna – szkoła muzyczna I stopnia na fortepianie i II stopnia na kontrabasie. Mimo że w ćwiczenie gry na kontrabasie wkładałem całe serce, zorientowałem się, że orkiestra symfoniczna czy zespół jazzowy to nie są miejsca dla mnie. Jednocześnie byłem uzdolniony w kierunkach ścisłych, chodziłem w liceum do klasy matematyczno-fizycznej – a matematykę i fizykę zdaje się na reżyserii dźwięku. Cała sfera technologii, także tej związanej z muzyką, bardzo mnie pociągała. Instrumenty elektroniczne, moment, kiedy technika umożliwiła połączenie świata komputerów i muzyki – to mnie fascynowało. Reżyseria dźwięku, dziedzina wykorzystująca technologię do ekspresji artystycznej, trafiła w sposób niemal doskonały w moje młodzieńcze fascynacje.

To bardzo angażujące studia.
Pierwszych pięć semestrów jest bardzo trudnych, później jest nieco swobodniej – wykorzystałem ten czas na znalezienie zajęcia, które pokazało mi, jak wygląda świat zawodu poza murami uczelni. Zaintrygowała mnie wówczas reklama z najwyższej półki. To był czas, kiedy polskie filmy reklamowe wyszły już z okresu dziecięcego. Pojawiły się ambitne produkcje, przypominające to, co działo się na Zachodzie. Reklama wydała mi się miejscem, gdzie mogę w efektywny sposób wszystkie moje zdolności i zainteresowania połączyć. Wdrażałem się, robiąc rzeczy coraz bardziej skomplikowane. Często dla samego ćwiczenia, frajdy, szukałem interesujących projektów do udźwiękowienia. Odnoszę wrażenie, że wiele osób, które wtedy ze mną współpracowały, doceniło, że mi się chce, że mi zależy. Ludzie nabierali do mnie zaufania, zaczęli doceniać moje propozycje twórcze.

_MG_7612

Brzmisz jak osoba spełniona.
Czuję się bardzo szczęśliwy, robię coś, co nieustannie mnie pasjonuje. Jest to mój zawód, ale też hobby wykraczające poza mury studia, towarzyszące mi nieustannie. Z wielką przyjemnością czytam publikacje, aktywnie działam na forach dyskusyjnych. Oczywiście są też ciemniejsze strony tego zawodu. To zajęcie niebywale czasochłonne, pochłaniające emocjonalnie. Kiedy kilka lat temu na ekrany wszedł musical „Chicago”, sowicie obsypany Oscarami, jednym z nagrodzonych był Michael Minkler, wybitny dźwiękowiec amerykański wyspecjalizowany w miksowaniu filmów. Zapytany, czy poleciłby tę karierę innym osobom, powiedział, że to fascynujący zawód, dający możliwość obcowania z największymi osobowościami, udziału w fantastycznych projektach o światowym zasięgu, wymaga jednak niezwykle precyzyjnych uzgodnień w obrębie rodziny, wyrozumiałości z ich strony, ponieważ jest się permanentnie nieobecnym. Oczywiście dotyczy to również mnie, mam tu olbrzymie uznanie dla mojej żony, która dzielnie „moje absencje” znosi i jestem jej za to niezmiernie wdzięczny.

Przez 15 lat w branży udało ci się uniknąć rutyny?
Każdy projekt jest unikalny. Są pewne algorytmy działania, ale one wynikają tylko z warsztatu. Nie ma mowy o rutynie, bo tam, gdzie się ona zaczyna, kończy się sztuka. Wiem, że wiele osób protestuje, kiedy nazywa się reklamę sztuką, ale ja uważam to za absolutnie uprawnione. Jeśli zdjęcia, dźwięk, gra aktorów itd. są w reklamie wybitne, to mamy do czynienia ze sztuką. Zawsze potrzebne jest świeże podejście. Korzystam z doświadczenia po to, by nie popełniać błędów z przeszłości. Staram się za każdym razem tworzyć rzeczy unikalne, inne od tego, co było wcześniej. Chcę się rozwijać, więc się nie powtarzam.

Zdobyłeś uznanie branży, spełniasz się w tym, co robisz – masz jeszcze jakieś marzenia zawodowe?
Pracować z tymi, którzy chcą pracować ze mną. To, że ktoś cieszy się z tego, że współpracuje właśnie z tobą, tworzy unikalną atmosferę zaraźliwego entuzjazmu, jest dużym wyróżnieniem i komfortem. Taka sytuacja stała się luksusem – coraz częściej wybór zespołu opiera się o relacje biznesowe, przetargi, w których, jak się wydaje, najistotniejszym kryterium staje się cena. Widzę jednak, że wiele osób docenia mój sposób pracy, orientuje się, że są obszary wymagające szczególnej troski, że niekoniecznie wszystko jest mierzalne za pomocą cyfr. Tworzenie odważnych kampanii też może mieć przełożenie biznesowe, dać konkretny efekt marketingowy, wpłynąć na wizerunek marki. Mam poczucie, że wielokrotnie otrzymywałem do udźwiękowienia rzeczy, które były wyzwaniem artystycznym – zbudować z rzeczy realistycznych coś niesamowitego, wykreować dźwięki, których nigdy wcześniej nie było. Marzę, by kiedyś na ostatni proces produkcji pojechać do Los Angeles, usiąść z którymś z pierwszoligowych mikserów, których nazwiska widzę w napisach końcowych największych dzieł hollywoodzkich. Chciałbym, by jedna z tych osób, które podziwiam, zrealizowała zgranie filmu z dźwięków, które przygotowałem.

W kinie zdarza ci się zapomnieć o pracy czy raczej podsłuchujesz, co zrobili koledzy z branży?
Było kilka tytułów, przy oglądaniu których udało mi się na chwilę oderwać od warsztatu dźwiękowca, pochłonęła mnie historia, ale to niezwykle rzadkie. Często doszukuję się rozwiązań formalnych, trików, patentów, czasem wręcz konkretnych efektów dźwiękowych. W trakcie oglądania filmu dokonuje się bardzo głęboka analiza ścieżki dźwiękowej, co utrudnia mi odbiór fabuły. Moje wizyty w kinie mają więc walor edukacyjny. Podpatrując wybitnych twórców, staram się uczyć, zrozumieć ich wrażliwość w kontekście decyzji twórczych – każdy dźwięk jest przecież umieszczony intencjonalnie.

_MG_1635
Jakub Pietrzak, absolwent Wydziału Reżyserii Dźwięku warszawskiej Akademii Muzycznej im. F. Chopina. Od ponad 15 lat zajmuje się posprodukcją dźwięku, kompozycją muzyczną oraz szeroko rozumianym sound-designem. Realizuje udźwiękowienia na potrzeby kina cyfrowego, TV, multimediów oraz radia. Regularnie współpracuje z agencjami reklamowymi, domami produkcyjnym i postprodukcyjnymi, a także reżyserami, którzy doceniając umiejętności i wkład twórczy, decydują się powierzać mu realizację ścieżki dźwiękowej do swoich filmów reklamowych. Na swoim koncie posiada cztery nagrody KTR (Klubu Twórców Reklamy) w kategorii dźwięk.
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone
Udostępnij
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone

Najnowsze